Nie mam pojęcia, jakie opowiadania i kiedy pojawią się teraz na blogu. Chyba jakiś seks. Nie wiem jeszcze jaki parring xD Oczywiście, przepraszam za tak długi brak postów, powinnam to zrobić na początku, brawo ja. Może przejdzmy już do rzeczy? Zapraszam do czytania tego badziewia ^^ uwaga, smutne, a jakże. Piosenka klimatyczna na dobry początek? Hmmm... Przesluchajcie Impossible w wykonaniu Jamesa Arthura. Każdy zna. No, jestem leniwa, nie wklejam linka. Spieszy mi się. Przepraszam. Dobra, już, koniec, finito, start.
******
Nico
******
- Zagrajmy w grę - powiedział Percy z jadowitym uśmiechem. - Powiedz mi, jak bardzo cierpisz. Powiedz, że to przeze mnie. Powiedz mi wszystko, o czym myślisz.
W oczach Nico szkliły się łzy. Nie miał siły na niego patrzeć. Nie miał siły stać naprzeciw niego. Nie miał siły dłużej powstrzymywać szlochu duszącego go od środka. Opuściły go wszelkie siły. Na samym starcie nie miał ich zbyt wiele. Gdy widział teraz uśmiech Percy'ego rozumiał, że jest fałszywy. Słyszał ironię w jego głosie. Doskonale wiedział, że to wszystko rzeczywiście jest grą.
Dlaczego nie widział tego wcześniej?
Przecież ten sam chłopak jeszcze dzień wcześniej przytulał go czule, szepcząc "dobranoc". Ten sam uśmiech uwalniał tysiące motyli w jego żołądku. Te same usta mówiły mu codziennie, że go kocha. Te same usta jeszcze wczoraj wieczorem całowały go natarczywie.
I te same usta wypowiedziały przed kilkoma minutami słowa: "to był żart".
I istotnie, te same usta teraz śmiały się ze swojego dowcipu.
- Pobij mnie - śmiał się Percy. - Opowiedz, jak się czujesz.
- Dlaczego to zrobiłeś? - wychrypiał Nico. - Co to miało być? Jaki żart? Chciałeś się popisać? Przed kim?
- Zgaduj dalej - syn Posejdona zaśmiał się.
Po policzku Nico poleciała łza. Jak mógł być tak ślepy?
- Chcesz po prostu widzieć mój ból, prawda?
Uśmiech nie opuszczał twarzy Percy'ego.
- Więc patrz - mówił dalej Nico. - Już dawno nie płakałem. Dawno tak nie cierpiałem. Byłem szczęśliwy z tobą. - Czuł, że kolana powoli odmawiają mu posłuszeństwa. - Byłem ślepy. Naiwny. Naprawdę cię kochałem. Byłeś spełnieniem moich marzeń, wiesz? I postanowiłeś zażartować ze mnie. Dałeś mi niebo, a zaraz potem zabrałeś. Miałem nadzieję. Sądziłem, że w końcu będzie dobrze. Byłem chory. I nadal jestem. Nie mam siły. Jestem cholernie zmęczony.
W czasie, kiedy mówił, na ziemię spadało coraz więcej jego łez. Płacz ścisnął go za gardło, przez chwilę nie był w stanie mówić. Patrzył tylko w oczy Percy'emu. I wiedział, że podoba mu się to milczenie. Podobało mu się jego cierpienie.
- Patrz na mnie - kontynuował. - Chcę dla ciebie jak najlepiej, przecież wiesz. Więc jeśli chcesz widzieć mój ból, to będziesz miał to, czego chcesz.
Percy uśmiechnął się. Zastanawiał się nad czymś. Wyglądał, jakby chciał czegoś jeszcze, jakby chciał coś dopowiedzieć.
- Jesteś bardzo łatwowierny - stwierdził po chwili. - Jesteś po prostu słaby. Przegrasz moją grę.
- A co powinienem zrobić, żeby wygrać? - zapytał syn Hadesa, ocierając kolejną łzę. Zdawało mu się, że nigdy się nie skończą.
- Powinieneś puścić mi wiązankę. Wiem, że potrafisz - mówił, powoli zbliżając się do niego. - Powiedz, że mnie nienawidzisz. Wiem, że tak jest.
Stał już na tyle blisko bruneta, że chwycił go za rękę. Nico nie opierał się. Percy drugą ręką otarł mu jedną z wielu łez, płynących po jego twarzy.
- Przyznaj, że to moja wina.
Nico zamknął oczy. Jego dotyk... Był znowu tak blisko niego. Jeszcze niedawno schowałby głowę w jego ramionach. Jeszcze tak niedawno poczułby delikatny pocałunek na policzku.
Teraz mógł jedynie powstrzymywać kolejną falę płaczu.
- W takim razie ty wygrałeś - powiedział.
Już chciał się odsunąć, uciec gdzieś przed nim, przed jego wzrokiem, przed swoją własną słabością, ale Percy przyciągnął go do siebie jeszcze mocniej i pocałował.
Nico nie czuł nic. To już nie było przyjemne. Już nie czuł setek motyli w brzuchu. Czuł pustkę.
Zacisnął pięści. Teraz już rozumiał. Doskonale wiedział już, czego chce Percy. Tylko nie wiedział dlaczego.
Nie przerwał pocałunku. Nie chciał dać satysfakcji synowi mórz. Czekał, aż sam skończy.
Kiedy Percy w końcu odsunął się od niego, Nico spojrzał mu prosto w oczy i zapytał:
- Dlaczego tak bardzo zależy ci na tym, żebym cię znienawidził?
Zacisnął powieki, spod których wypłynęło jeszcze więcej łez. Percy stał naprzeciwko niego. Cały ten czas uśmiechał się podle.
- Ja nie potrafię cię nienawidzić.
Zero reakcji.
- Nie potrafię być na ciebie zły - zaszlochał ponownie. - Doskonale wiesz, dlaczego.
- Sądzę, że wiem - odpowiedział. - I wiesz co, skarbie? Nic mnie to nie obchodzi.
Zielonooki zaczął się śmiać.
Nico nie miał pojęcia, co tak naprawdę czuje. Może jednak był zły? Nie, raczej zagubiony. Bezdennie smutny. Zawiedziony.
Mimo to, wciąż był w stanie stać tam, na przeciw osoby będącej całym jego światem, i płakać. Był w stanie cierpieć, żeby Percy mógł się tym nacieszyć. Tylko jednej rzeczy, której on chciał, Nico nie mógł wykonać.
Nie potrafił oskarżyć go o zdradę. Nie potrafił oskarżyć go o nic, co byłoby równoznaczne z obarczaniem go winą za swój ból.
Dlaczego?
Doskonale wiesz.
- Nic nigdy dla mnie nie znaczyłeś.
Te słowa krzywdzą.
- Fajnie było patrzeć, jak naiwnie myślałeś, że to wszystko jest naprawdę.
Ale ten ból można wytrzymać.
- Byłeś dla mnie tylko zabawką.
To cierpienie można wytrzymać tylko wtedy, kiedy prawdziwie kogoś kochasz.
- To była tylko gra.
- Dla ciebie gra - odezwał się wreszcie syn Hadesa. - Dla mnie coś o wiele więcej.
- Coś o wiele więcej? - Percy uniósł brwi. - No to ups, nawet nie jest mi przykro.
Czasami nie ma już nic więcej do powiedzenia.
Wtedy odchodzimy i myślimy, że to tchórzostwo.
A tak naprawdę to jedyne wyjście.
******
Hazel
******
Jeszcze zanim Hazel weszła do domku trzynastego, słyszała, ze w środku trwa wielka szamotanina.
- Hej! - zawołała, otwierając drzwi. - Już jestem!
Nie usłyszała żadnej odpowiedzi.
Usłyszała tylko ciche odgłosy. Wydawało się, że ktoś jest w domku i czegoś szuka.
- Braciszku, jesteś tu? - zapytała niepewnie.
Położyła torbę z ubraniami na swoim łóżku. Chłopak przygotował domek Hadesa na jej przyjazd: pościelił łóżka, posprzątał i rozwiesił prześcieradło między ich łóżkami, bo wiedział, że Hazel ceni sobie prywatność, nawet jeśli ma mieszkać tylko z bratem.
Zajrzała za kotarę z prześcieradła.
Nico stał pochylony nad torbą, którą pośpiesznie pakował. Nie widział Hazel, był odwrócony do niej plecami. Na podłodze wszędzie walały się jego porozrzucane ubrania.
W pewnym momencie znieruchomiał. Pokój wypełniła cisza. Nico wciąż stał sparaliżowany. Nagle z rąk wypadła mu pomarańczowa koszulka Obozu Herosów. Jego ciało zaczęło drżeć, a ciszę przerwał ledwo słyszalny szloch. Schował twarz w dłoniach.
- Co się stało? - zapytała, podchodząc powoli do niego.
Nico powoli opuścił ręce z twarzy. Policzki naznaczone były wysychającymi śladami, a pod powiekami tworzyły się coraz to nowsze łzy. Pod oczami zauważyła cienie, których juz tak dawno nie widziała. Ostatnio był taki szczęśliwy... Ale teraz... Jeszcze nie widziała go w takim stanie. Nie patrzył jej w oczy. Usiłował zdusić płacz.
- Co jest? - zapytała ponownie.
Nico w końcu spojrzał na nią. Jego oczy przepełnione były bólem tak wielkim, że była przekonana, że ona sama nie wytrzymałaby go. Wyglądał na dogłębnie skrzywdzonego. I załamanego. Wyglądał, jakby był ranny, ale tej rany Hazel nie mogła zobaczyć. Nie miała pojęcia, jak jest głęboka. Ta rana była dobrze ukryta. I już nigdy nie będzie zaleczona.
Po jego policzkach poleciały świeże łzy.
- Już nic nie mam - wypowiedział łamiącym się głosem. - Nic.
Hazel była zbyt przerażona jego stanem, żeby coś powiedzieć. Gdy widziała go takiego... Też chciało jej się płakać. Nie chciała patrzeć na jego płacz. To było bolesne również dla niej. Odczuwała jego cierpienie.
Podeszła do niego jeszcze bliżej. Odsunęła czarne kosmyki włosów, które opadały na oczy chłopaka i najciszej, najdelikatniej jak mogła powiedziała:
- Uspokój się. Jestem tutaj. Powiedz, o co chodzi.
Spojrzał na nią niepewnie. Przez chwilę zdawać by się mogło, że jej nie ufa. Nawet nie tylko jej, jakby nie ufał samemu sobie, własnym uczuciom. Wyglądał na bardzo zagubionego. Wyglądał, jakby stracił zaufanie do kogokolwiek, łącznie ze sobą.
Jednakże po chwili schował się w jej otwartych ramionach. Przytuliła go mocno, a on znowu zaszlochał cicho.
- Nico, proszę, powiedz, o co chodzi.
Jego palce mocniej zacisnęły się na ramionach Hazel. Jeszcze przez moment usiłował powstrzymać szloch, ale zaraz wybuchnął płaczem.
- Dlaczego nie potrafię go znienawidzić? - mówił przez ściśnięte gardło. - Ja go nadal kocham, Hazel. Dla niego to była tylko gra. Ale ja go wciąż potrzebuję. Wciąż go kocham, do cholery! - zaszlochał. Jego głos przepełniony był goryczą i bólem. - On tylko żartował. Mówił, że też kocha. Był ze mną zawsze. Przytulał, całował... A potem...
Nie był w stanie mówić dalej. Rozpłakał się na dobre.
Hazel nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Przecież Percy był uczciwy. Był przywódcą. Wszyscy mu ufali. Był dobrym przyjacielem. A kiedy Nico wyznał mu swoje uczucie, okazało się, że rzekomo również jest w nim zakochany. Byli ze sobą juz dobre trzy miesiące. Jak mógł...?
Nico wciąż cały drżał. Nie mógł nad sobą zapanować.
"Przez ten cały czas, gdy byli razem, pewnie Nico powiedział mu o wszystkich swoich sekretach" - pomyślała Hazel. - "A ten dupek z pewnością to wykorzystał."
- Nico, ufałeś mu, prawda? - zapytała, szepcząc mu do ucha. - Wyjawiłeś mu swoje tajemnice?
- Tak - wyszeptał. - Teraz wie o nich chyba cały Obóz.
- Co za sukinsyn.
Nico lekko odsunął się od niej. Nie patrzył jej w oczy.
- Bo widzisz, Hazel - zaczął - Ja mu ufałem bezgranicznie. Mówiłem mu o wszystkim. Dlatego, że jest dla mnie najważniejszy. - Coraz trudniej było mu mówić. - Miłość to jest właśnie cos takiego - dajesz komuś karabin do ręki i liczysz na to, że nie wystrzeli w ciebie.
Choć Nico spuścił głowę, Hazel zauważyła, że na jego twarzy znów pojawiły się nowe łzy.
- Siostrzyczko, wiem, co chcesz zrobić - wydusił. - Ale zostaw go. On chce, żebym cierpiał.
- No właśnie. Nie pozwolę na to.
- Ale ja chcę, żeby był szczęśliwy. On lubi widzieć, jak płaczę.
Dziewczyna stała sparaliżowana. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Czy ona zdobyłaby się na coś takiego? Czy zdołałaby trwać w bólu, tylko dlatego, że ktoś to lubi?
Jednego była pewna: Percy nie zasługiwał na jej brata. On darzył tego idiotę tak silnym uczuciem... To go zabijało od środka. Ta miłość go wkrótce wykończy.
Ale rozumiała go. Wiedziała, że od niego mogłaby brać lekcje wytrwałości. Wiedziała, że tylko on jest zdolny do takiego poświęcenia. I choć nie był fizycznie ranny, powoli umierał wewnątrz. I był zdolny cierpieć dla niego, był skłonny umrzeć, byleby Percy był szczęśliwy.
Wiedziała, że to jest przykład prawdziwej miłości.
Ale nie mogła dopuścić do tego, żeby Nico cierpiał jeszcze bardziej. Może i kochał Percy'ego, ale ona kochała jego i zdecydowanie nie chciala patrzeć na jego łzy.
Poczuła, że wstąpiły w nią nowe siły. Teraz napędzał ją gniew. Pragnęła za wszelką cenę wygarnąć Percy'emu co o nim myśli. Chciała dać mu do zrozumienia, jak wielką krzywdę wyrządził jej jedynemu braciszkowi. Nienawidziła go za to.
- Muszę coś załatwić - rzuciła, wychodząc z domku. - Poczekaj tu.
Pognała w stronę wzgórza, na którym widziała już sylwetki jej przyjaciół.
******
Nico
******
- Czy ty nie rozumiesz, że on teraz już nikomu nie zaufa? - wrzeszczała córka Plutona. - Zniszczyłeś go! Wykorzystałeś! Ty dupku! On już nikogo nie pokocha tak jak ciebie!
- Zostaw go, Hazel - powiedział Nico. - To nie jego wina.
Zrzucił kaptur z głowy. Torba z ubraniami ciążyła mu na ramieniu, ale i tak nie zdołał zabrać wszystkiego. Wystarczy na kilka dni.
Syn Posejdona stał pod rozłożystym dębem, oparty o niego plecami. Nie robił sobie nic z wyzwisk Leona, Piper czy Franka, a z Hazel bezczelnie się śmiał.
Hazel opuściła rękę, która przed chwilą miała uderzyć twarz Jacksona. Odwróciła się i spojrzała na swojego brata. Nic nie powiedziała.
- Oh, a więc wciąż jesteś zdania, że to nie moja wina? - zapytał Percy z chamskim uśmiechem.
Nico spuścił głowę. Nie potrafił na niego teraz patrzeć. Zbyt wiele kosztowało go przebywanie tak blisko niego. Ciągle powstrzymywał łzy.
- To stało się przez moją ślepotę - wykrztusił. - Zostawcie go już.
- Jak możesz tak mówić?! - wykrzyknęła Hazel. - Ty nie widzisz, w jakim jesteś stanie? On cię zniszczył! - wskazała palcem na niego. - Nico, przestań się obwiniać! On cię wykorzystał, psychiczne i zapewne fizycznie. To jest chory sadysta, on chce tylko twojego cierpienia! - krzyczała. - On cię zabija! Czy ty tego nie widzisz? Dlaczego go bronisz?
- Hazel, proszę cię, przestań - powiedział cicho. Szybko otarł łzę, kolejną łzę, która popłynęła po jego policzku.
Nico zaczynał powoli mieć dość wszystkiego. Miał ochotę się poddać. Miał ochotę jednak znienawidzieć Jacksona. Chciał w końcu powiedzieć o wszystkim co czuje.
Ale nie czuł złości.
Z tych myśli wyrwał go krzyk Hazel.
- Powiedz coś! Dlaczego ty go wciąż, do cholery, usprawiedliwiasz?
Tak naprawdę Nico nie wiedział, dlaczego. Dlaczego nie czuł gniewu? Dlaczego tak bardzo chciał się poddać bez walki, bez tłumaczenia? Nie chciał już niczego więcej, jak tylko spokoju. Nie chciał tłumaczyć, o co chodzi. Nie miał juz siły wypowiedzieć tych kilku słów, które obrazowałyby całą prawdę. Bo tych kilka słów były tak proste, tak prawdziwe.
Tak bolesne.
Czuł wzrok wszystkich obecnych na sobie. Doskonale wiedział, że cokolwiek nie powie, to nic nie zmieni. Nic już nie cofnie przeszłości, nic nie wyrazi bólu, jaki odczuwał.
- Teraz już wszystko przepadło - powiedział jednak w końcu. - Wygrałeś. Byłem szczęśliwy, teraz... - wziął głęboki oddech. - Tak, złamałeś mi serce. To otworzyło wszystkie moje stare rany i utworzyło nowe.
Czuł, że znowu zbiera mu się na szloch.
- Kurwa - zaklął pod nosem. - Nie mogę przestać płakać. Wiesz jak to boli? Ledwo wytrzymuję. Nigdy nie byłem tak głęboko ranny. Ale przecież tego chciałeś, prawda? - Teraz Nico już głośno płakał i choć wstydził się tego, mówił dalej. - Chciałeś, żebym cierpiał. Lubisz patrzeć na moje łzy. A mnie wciąż na tobie zależy. Wiesz, że zrobię dla ciebie wszystko.
Ze wstydem schował twarz w dłoniach.
- Tak bardzo cię skrzywdziłem - powiedział cicho syn Posejdona.
Jego głos przypominał Nico szum fal, kiedy morze jest spokojne. Ciche, ale przejmujące. W tym głosie nie było słychać już złośliwości. Już się nie uśmiechał.
- Nico, dlaczego wciąż nie mówisz wprost, że to moja wina? - zapytał. - Oboje wiemy, że to przeze mnie.
Syn Hadesa nie widział zbyt dobrze, ponieważ wodna mgła zachodząca na jego oczy rozmazywała mu obraz. Jednakże doskonale widział dwie zielone plamki oczu chłopaka, patrzące prosto na niego.
- Dlaczego to znosisz? - zapytał ponownie. - Dlaczego mnie bronisz?
Ten poważny wyraz twarzy sprawiał, że Nico znów miał ochotę przytulić go, usłyszeć, że wszystko już jest dobrze. Ale juz nie umiał mu zaufać. Nie wierzył, że ten wzruszony ton głosu jest prawdziwy. Doskonale wiedział, że gra wciąż trwa. To wszystko jest złudzeniem, snem, który się spełnił, ale potem rozprysnął się jak bańka mydlana.
Gra wciąż trwa.
A Nico jest od początku na straconej pozycji.
Pora dać zbić swój pionek. Dalsza rozgrywka nie ma sensu.
Ale pożegnania są takie trudne.
Zwłaszcza, kiedy wiesz, że ta drugą osoba nie będzie tęsknić.
I do końca życia pamiętane słowa, które wypowiedział z łzami płynącymi po twarzy, duszącymi jego gardło, piekącymi powieki:
- Dlatego, że cię kocham Percy. Zawsze będę cię kochał.
Chwilę potem zamknął oczy, przywołując wspomnienie Nowego Rzymu, i rozpłynął się w mrok.
******
Proszę, o to komentarz dla fejmu XD
OdpowiedzUsuńPowiem tak... Albo nie nie powiem. To by nie oddało tego jak się poczułam po przeczytaniu tego. Popłakałam się (dosłownie) i przez Ciebie będę musiała na powrót polubić Percy'ego :'( Napisałaś to tak pięknie... No jak można skrzywdzić Nico? NO JAK?! To się w głowie nie mieści, nawet tak zjebanej jak mojej :c Mam tylko nadzieję, że następny one-shot będzie dla Nica pozytywny, bo chociaż przepadam wręcz za cierpieniem głównych bohaterów (witaj, jestem sadystką, miło mi), to chciałabym potem przeczytać coś weselszego. Na przykład... drugą część tego o-s jak Nico w Nowym Rzymie jest pocieszany przez Reynę i Jasona? Albo jakieś słodkie Solangelo. Po prostu fajnie by było gdybyś napisała coś w tym stylu.
Myślę, że ten komentarz wystarczająco podniósł Twój fejm i samopoczucie jak i poziom weny :D
Życzy zdrowia i innych pierdół o jakich się zazwyczaj mówi, twoja
~Kali
Jest Kalipso, jest impreza ^^
UsuńA jak powiem tak: ja również jestem sadystką i KOCHAM, kiedy główny bohater cierpi. I najpiękniejszym komplementem jaki można mi sprawić, jest uronienie choć jednej łzy, czytając moje opowiadanie. To dla mnie znak, że wniosłam w nie odpowiednio dużo emocji, że jest ono dobrze napisane, i to po prostu znak, ze się podoba. Tak, sugeruje, że cieszą mnie twoje łzy ^^ Dziękuje bardzo za komentarz i wszelkie pakiety weny i zdrowia przesłane wraz z nim :D Na koniec dodam jeszcze, że jeszcze zanim skończyłam pisać to opowiadanie, juz myslalam nad kontynuacją w Nowym Rzymie, o której mówisz XD więc myślę, ze w najbliższym czasie pojawi się cos takiego :3
Również życzę wszystkich strasznych rzeczy których życzą sobie śmiertelnicy przy pożegnaniu XD
Hazel Emily Alice
To jest takie piękne
OdpowiedzUsuńze aż moja depresja się powiększyła.
Cudowne
idealne
zabije persiaka
ale boskie
I to na tyle bo mnie boli głowa
Dziękuje i przesyłam Apap na ból głowy XD
UsuńHazel Emily Alice
*Uwaga! Vittoria przeklina*
OdpowiedzUsuńJa pierdole, to jest zajebiste! *.* Oooooo jaaaaaaa! Prawie płakałam ;-; Zajebioza *.*
*Nie stać mnie na nic kreatywniejszego, wiec tyle. Mimo, że czytałam to dzien po dodaniu, dalej kocham <3*
Weny!
Ps. Hazel umrzyła? 0-0 ;(
Jestem! Żyję!
UsuńDzięki serdeczne, bardzo mnie to cieszy, że ktoś jeszcze tu wchodzi. Hazel umrzyła? Hahaha, rozwaliło mnie to xD Prawda, jestem w kiepskim stanie psychicznym, co pokaże następne opowiadanie. A ono pojawi się juz niebawem, naprawdę niebawem, bo jest prawie skończone xD Dałas mi ogromną motywację pisząc ten komentarz właśnie teraz, kiedy wieje tu pustką, a ja mam depresję i nie mam czym sie dowartościować ;-; Dziękuje i pozdrawiam! :D
Hazel Emily Alice