poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Gra. Część II. Pozory

Drodzy parafianie!
Jezu kochaniutki, aż mi wstyd po takim czasie coś publikować XD przepraszam za tak długą przerwę, właściwie to miałam wątpliwości, czy w ogóle skończę tą historię ;-; ale jest. Jestem ciekawa, czy w ogóle ktoś tu wejdzie i to zobaczy, ostatnio jest okrutny spadek w wyświetleniach (o rany, ciekawe dlaczego i czyja to wina :D). Przypominam, pierwsza część tego pokręconego opowiadania znajduje się trochę niżej, w poście "Gra". A teraz zapraszam do czytania.

******
Jason
******

- Cześć, jak się czujesz? - zapytał Jason, siadając na łóżku obok Nico.

 Gdy syn Jupitera usłyszał o wydarzeniach w Obozie Herosów, bez wahania zdecydował się pomóc przyjacielowi. Razem z Reyną wykombinował mieszkanie w jedej z bardziej cichych dzielnic Nowego Rzymu.

 Od przyjazdu Nico minęły już cztery dni. Jason zdecydował, że powinien z nim pogadać. Hazel jeszcze nie wróciła, więc nie miał nikogo, kto mógłby go wspierać.

 Jason bardzo mu współczuł. Wiedział, że chłopak teraz już nikomu nie uwierzy do końca. Przecież on zawsze był kruchy, kruchy jak szkło... A teraz został tak dotkliwie skrzywdzony i to przez osobę, którą tak kochał. Syn burz najbardziej bał się tego, że znowu gdzieś zniknie i samotnie będzie podróżował przez cały świat, walcząc z potworami bez żadnego wsparcia. Albo zrobi coś jeszcze gorszego...

 Jednocześnie nie mógł uwierzyć, że Percy był zdolny do czegoś takiego. Przecież był wodzem w ich dawnych wyprawach. Wszyscy mu ufali. Teraz pokazał swoje prawdziwe oblicze. Zniszczył go. Po prostu zabił go od wewnątrz. To było widać w oczach Nico. Wyglądały właśnie jak skruszone szkło, albo jak wzburzona woda. Tonął w niej.

- Hej - odpowiedział mu Nico. - W porządku.

- Nie kłam - powiedział blondyn.

 Nico odwrócił wzrok. Spojrzał na okno. Za szybą zbierały się czarne chmury. Zanosiło się na deszcz.

- Trochę boli mnie głowa - mówił cicho. - I brzuch. Czuję się po prostu źle.

 Jason dobrze wiedział, że jest dużo gorzej niż tylko "źle".

 - Nico, powiem wprost - zaczął. - Naprawdę nie potrafię pocieszać. Ale chciałbym powiedzieć ci, że cię podziwiam.

- Za co? - spytał brunet, wciąż wpatrując się w ciemne chmury.

 Był na swój sposób przystojny, ale teraz wyglądał naprawdę mizernie. Jego skóra wydawała się nienaturalnie blada, jakby był duchem. Miał cienie pod oczami. Siedział przygarbiony, musiał być zmęczony. Wyglądał, jakby nie spał ze dwie noce. I te oczy... One były najbardziej niepokojące. Po brzegi wypełnione smutkiem.

- Podziwiam cię za twoją odwagę. Za to, że jesteś taki dzielny - odpowiedział. - Wiem, o co ci chodzi. Mówisz, że wszystko jest dobrze, bo nie chcesz, żebyśmy się o ciebie martwili. Zawsze tak robisz. Jak źle by nie było, ty zawsze starasz się to ukryć. Podziwiam cię, bo wytrzymujesz ten ból, którego ja nawet nie umiem sobie wyobrazić. Ja...

- Skąd wiesz, że wytrzymuję? - przerwał mu Nico. - Właśnie, że nie mogę już tego wytrzymać. Nie ma nic odważnego w tym, że płaczę każdej nocy.

 Syn Hadesa spojrzał mu w oczy.

- Nie jestem dzielny, Jason. Jestem słaby.

 Chłopak zauważył, że Królowi Upiorów trzęsą się ręce.

- Wciąż o nim myślisz? - zapytał cicho.

- Tak.

 Nico podciągnął nogi pod brodę.

 Jason bardzo chciał mu pomóc. Ale czy jemu da się pomóc? Czy on tego chce? Czy potrafi mu pomóc?

- Hej - odezwał się w końcu. - Może pora chociaż spróbować o nim zapomnieć?

 Brunet po raz kolejny spojrzał mu w oczy. Dostrzegł w nich wahanie.

- Jason... - zaczął. - Ty nie wiesz jeszcze wszystkiego. Ja nigdy nie dam rady o tym zapomnieć. Percy... - z trudem wymówił jego imię. - On zrobił mi coś, czego nie zapomnę do końca życia. I tu nie chodzi o to, że cały czas mnie okłamywał, ani że zdradził wszystkie moje sekrety. Jest coś gorszego. - Spuścił głowę. - Nie mówiłem tego nikomu. Hazel zrobiłaby jeszcze gorszą awanturę, a wtedy wszyscy dowiedzieliby się o tym.

- Co on ci zrobił?

 Przez chwilę pokój wypełniła cisza. Potem Nico zacisnął pięści.

- Tamtego wieczoru spaliśmy w domku Posejdona - powiedział w końcu. - Było już dosyć późno, prawie zasypiałem. Percy pochylił się nade mną i pocałował, zawsze tak robił na dobranoc. Potem mnie przytulił, ale dłońmi schodził coraz niżej. Powiedziałem, żeby przestał. Nie słuchał mnie. - Głos Nico zaczął drżeć. - Zaczął mnie tam dotykać, a ja wciąż mówiłem, żeby przestał. Zatkał mi usta dłonią. Był za silny, żebym mógł się wyrwać. Rozebrał mnie. Powiedział...

 Przerwał na chwilę, aby wziąć głęboki oddech.

  Blondyn chwycił go za rękę.

- Mów dalej.

 Nico zamknął oczy.

- Powiedział, że mnie kocha i dlatego nie może mi się oprzeć. I zrobił mi to. Nie mogłem krzyczeć, nie mogłem nawet się ruszyć. On był po prostu za silny.

 Syn Hadesa zarumienił się i spuścił wzrok.

- A potem gdzieś zniknął, na całą noc - powiedział zduszonym głosem. - Następnego dnia powiedział mi prawdę. Powiedział, że nic nie znaczę. Zachowywał się tak, jakby wcześniej nic się nie stało.

 Och, bogowie.

 Zgwałcił i porzucił swoją zabawkę.

 Mieli kochać się już na zawsze.

 Percy pobawił się i odszedł.

 A Nico? Nico wciąż go kocha.

- Co za dupek - wykrztusił pretor. - Na świętego Marsa, tak mi przykro, Nico.

 Brunet schował twarz w dłoniach.

- Miałem nikomu nie mówić - mówił. - Miałem sobie poradzić samemu.

- Nie możesz zawsze być sam - powiedział Jason. - Tak samo jak nie możesz wciąż udawać, że wszystko jest w porządku. Nie sądzisz, ze Percy'emu przydałaby się nauczka?

 Nie odpowiedział.

- Wiem, że wciąż czujesz do niego to samo - kontynuował. - Ale on zasługuje na karę. Skrzywdził cię.

- Proszę cię, nie mów nikomu, co zrobił - przerwał mu Nico. - Nie chcę awantury.

- Możesz się zemścić. Naprawdę cię to nie kusi?

- Nie chcę robić mu krzywdy.

- On nie zasługuje na twoją miłość, Nico. Zrozum to.

 Nico odwrócił wzrok.

- Przepraszam - powiedział Jason. - Po prostu uważam, że należy mu się nauczka. Nikt nie będzie miał ci za złe, jeśli w końcu też pokażesz mu, co to ból. Każdy to zrozumie. Pomyśl o tym. Lepiej, żebyś go nienawidził, niż żebyś miał złudne nadzieje.  Możesz się zemścić, Nico.

 Wstał.

- Muszę lecieć - oświadczył. - Wpadnę jutro. Ale przemyśl to.

- Dziękuję, Jason.

******
Nico
******

 "Możesz się zemścić."

 "Należy mu się nauczka."

 "Zasługuje na karę."

 "Nikt nie będzie miał ci za złe, jeśli w końcu też pokażesz mu, co to ból."

- Mogę to zrobić - wyszeptał Nico, przyciskając dłonie do piersi, aby opanować ich drżenie.

  Drżał na całym ciele. Czuł mrowienie w palcach, raz po raz przeszywały go dreszcze. Ale wciąż się uśmiechał. Spróbował się uspokoić. Po chwili rozluźniły się wszystkie jego mięśnie, umysł na parę sekund wypełniła pustka. Poczuł przyjemne ciepło rozlewające się po kończynach. Ogarnęło go zmęczenie.

- Najpierw on, potem ja - wypowiedział bezgłośnie.

 Uniósł głowę. Krople deszczu stukały o szybę. Rozpadało się na dobre.

 Pod łóżkiem leży miecz ze stygijskiego żelaza. Przyda się.

 Di Angelo zaśmiał się cicho.

- Jestem chory - powiedział sam do siebie.

 Zegar wskazywał dwudziestą pierwszą trzydzieści siedem. Siedział tu zupełnie sam, w kompletnych ciemnościach. Wydawało się, że od wizyty Jasona minęły tygodnie, a nie cztery godziny. W tym czasie zdążył podjąć tyle decyzji...

 Czy będzie miał odwagę wprowadzić je w życie?

 Zacisnął palce na poduszce. Coś w nim zmieniło się na zawsze. Coś w nim pękło. Już nigdy nie będzie tak samo.

 Z okrutną szczerością i szaleńczą zaciętością wyszeptał:

- Nienawidzę cię, Percy.

 A wtedy powróciła cała adrenalina, ściskając żołądek, przyspieszając bicie serca, pompując więcej krwi, powodując skurcze w mięśniach. Bo właśnie w tamtej chwili rozległo się pukanie do drzwi.

 Pomyślał, że to Jason.

 Mylił się.

******
Percy
******

 Chude palce Nico zaciskały się coraz mocniej na gardle Percy'ego, a chłód czarnego miecza pod jego brodą przeszył jego ciało. Gorsze od uczucia strachu i duszenia się, były tylko oczy Księcia Ciemności. Wyglądały jak potłuczone zwierciadła, w których lśnił obłęd.

 Percy był przyciśnięty plecami do ściany. Nico jedną ręką ściskał jego gardło, a w drugiej trzymał swój stygijski miecz. Ich twarze dzieliła tak mała przestrzeń, że czuł przyspieszony oddech syna Hadesa na swoich wargach. Cały czas patrzył mu w oczy. Zaczynało powoli brakować mu powietrza w płucach.

- Nienawidzę cię - wyszeptał chłopak. - Nienawidzę cię za te wszystkie kłamstwa. Za tę twoją pieprzoną grę. Za to, że zdradziłeś całemu cholernemu światu moje sekrety.

 Zacisnął palce jeszcze mocniej.

- Nienawidzę cię za to, co zrobiłeś mi tamtej nocy.

 Płuca Percy'ego płonęły, rozpaczliwe domagając się powietrza. To był jego największy lęk. To była jego słabość. W żaden sposób nie mógł się ruszyć ani zaczerpnąć oddechu. Wpatrywał się w oczy di Angelo z niemym błaganiem.

 Po raz pierwszy błagał o litość.

- Teraz to ty się boisz - wycedził brunet przez zęby. - Chciałbym, żebyś zobaczył, co to znaczy naprawdę cierpieć. Bo nie ma większego bólu niż miłość bez wzajemności. Żadna rana na ciele nie może się z tym równać.

 Jackson tracił siłę w nogach, ledwie stał. Przed oczami zaczęły migać ciemne plamki, a twarz zarumieniła się z wysiłku i gorąca, jakie poczuł na całym ciele.

 Mimo strachu, jaki go ogarnął, zauważył wahanie w oczach Nico. Kilka sekund później zamigotały w nich łzy.

- Chciałem się zemścić. Chciałem przebić ci serce tym mieczem, albo cię zadusić.

 Ucisk na gardle trochę zelżał. Percy natychmiast wziął głęboki oddech, jak człowiek, który właśnie wynurzył się z morskiej toni.

- Chciałem zabić najpierw ciebie, a potem siebie.

 Po policzku Nico poleciała łza.

 Upuścił miecz, który wylądował u jego stóp. Rozluźnił palce. Zaraz potem opadł na kolana, chowając w dłoniach twarz.

 - Nie potrafię cię skrzywdzić - powiedział, a po jego twarzy spłynęło kilka łez.

 Percy uklęknął naprzeciw niego, wciąż starając się łapać jak najwięcej tlenu. Spróbował złapać go za rękę, ale on natychmiast ją zabrał.

 - Zostaw mnie - warknął. - Po co tu przyszedłeś?

- Nico... - zaczął. - Ja... Przyszedłem tu, żeby cię przeprosić.

 Brunet pokręcił głową. Uśmiechał się, choć po twarzy spływały mu strużki słonej wody.

-  Więc nadal bawisz się w tą cholerną grę - powiedział cicho. - Nienawidzę cię.

 Milczał. Nie chciał okazywać, jak bardzo zraniły go te słowa. Syn Hadesa nie znał prawdy, ale Percy nie chciał jej ujawniać. Prawda jest tak żałosnie prosta, lecz tak odległa, tak podobna do kolejnego kłamstwa. Brzmi jak kłamstwo. Brzmi jak kolejna fałszywa obietnica, które mu składał.

 Nico wstał z podłogi i usiadł na łóżku. Spojrzał na zegar.

- Dwudziesta druga zero cztery - powiedział z goryczą. - Za sześć minut  mieliśmy oboje być martwi.

 Nie.

 Myśli błądziły mu po głowie. Było tyle rzeczy, których nie potrafił powiedzieć, choć tak bardzo chciał.

"Jeśli ktokolwiek ma dzisiaj umrzeć, to jestem pewny, kto to będzie", myślał.

 W następnych chwilach po jego głowie krążyły urywane zdania, słowa, których bał się użyć.

 Nie chcę kłamać, już za dużo kłamstw.

 Nie chcę mówić prawdy, chcę ją ukryć, chcę cię chronić przed kolejnym zawodem.

 Ale co miał odpowiedzieć, kiedy Nico zapytał:

- Dlaczego wciąż grasz?

 Powstrzymywał chęć przytulenia chłopaka, nie chciał błagać o wybaczenie, nie chciał okazać emocji. Nigdy nie chciał zaznać czyjejś litości. Nie udało się.

 Powoli opadł przed nim na podłogę. Klęcząc położył głowę na jego udach, objął go w pasie. Nie wiedział, czy płacze. Chyba nie, już nie umiał płakać. Żałował, żałował, że spod powiek nie ciekną łzy, żałował wszystkiego, co zrobił, żałował, że żyje z tak cholernym losem, żałował, że wyrządził krzywdę komuś, kogo kochał nad swoje beznadziejne życie. Doskonale wiedział, że to nic nie da. Był świadom, że jest fałszywym człowiekiem. I teraz, choć naprawdę przyjdzie mu cierpieć, nikt nie uwierzy w jego szczerość. Mówił, a jego głos był zduszony przez materiał spodni Nico. Nie panował nad słowami wpływającymi z jego ust.

- Nie gram, Nico - szeptał. - Dla mnie to koniec gry. Przegrałem. Kocham cię. Kochałem cię zawsze. Nie wiem, co mi odbiło. Wszystko czego chcę, to to, żebyś mi wybaczył. Błagam. Przepraszam, że musiałeś wytrzymać takie piekło. Przepraszam.

 Ale wiedział, że przeprosiny nigdy nie sprawiają, że wszystko jest w porządku.

 Potem nie działo się nic. Potem była cisza. A chwilę później Nico powiedział:

- Zostaw mnie.

 Syn Posejdona wiedział, że to się stanie, ale to zraniło go jak chyba jeszcze żadne ostrze, żadna rana z przeszłości. Serce zabiło mu mocniej, boleśnie tłukąc o żebra. Oddech przyspieszył.

- Percy - odezwał się chłopak ostrym tonem. - Nie dotykaj mnie.

 Więc uniósł wzrok. Nie zwolnił uścisku wokół jego pasa. Nie wiedział czemu, ale twarz di Angelo powoli się rozmazywała.

- Nie wierzysz mi - stwierdził, a jego głos lekko drżał. - Nigdy mi już nie zaufasz, prawda?

 Król Upiorów nie patrzył na niego.

- Nico, błagam.

- Nie chcę już nigdy ci wierzyć.

 Syn mórz w końcu puścił Nico i wstał.

 I właśnie wtedy podjął najtrudniejszą decyzję w swoim życiu. Jeszcze nie wiedział, że będzie iść przez piekło, starając się jej dotrzymać.

- W takim razie zniknę - powiedział. - Będziesz mógł o mnie zapomnieć.

 Po raz ostatni spojrzał w jego brązowe oczy. Tak bardzo je kochał. Teraz nie potrafił wyczytać z nich nic więcej, niż nienawiść.

  Chciał jeszcze powiedzieć, że go kocha, przeprosić po raz kolejny, chciał coś jeszcze dodać, coś powiedzieć, ostatni raz spróbować uratować to, co spieprzył. Ale jego gardło zacisnęło się na dobre. Wyszedł z domu.

 Oparł się plecami o drzwi. Z ciemnych chmur przesłaniających gwiazdy lał się deszcz. Kilka kropel spadło na jego twarz, mieszając się ze łzami. Zamknął oczy. Z ust wyrwało się ciche łkanie.

- Kocham cię, Nico.

 Od chwili, w której wyszeptał jego imię, zaczęło się największe cierpienie, jakie miał przejść.

******
Nico
******
(około trzech miesięcy później później)

 Nico siedział na łóżku ze skrzyżowanymi nogami. Obok niego leżał dziennik w oprawie z czarnej skóry, długopis, płyta "Suicide Season" Bring Me The Horizon, "Night Visions" Imagine Dragons i kilka innych rzeczy, które są niezbędne po drugiej w nocy każdego dnia.

 Zaczął rytuał od nowa.

 Otworzył swój pamiętnik na pustej stronie i zaczął pisać urywane zdania, wszystko, co w tamtej chwili przychodziło mu do głowy.

 Przecież za dnia wszystko jest w jak najlepszym porządku. Za dnia Nico di Angelo chodzi na treningi szermierki, kursy kamuflażu, lekcje z rozpoznawania potworów i ich słabości. Popołudniami przechadzał się ulicami Nowego Rzymu wraz z przyjaciółmi. Twierdził, że do Percy'ego nie czuje nic więcej niż ogromne obrzydzenie i niechęć.

  Nikt nie wiedział, co Nico di Angelo robił nocami.

 Kilka jego łez i kropel krwi spadło na świeżo zapisaną stronę. Płakał z piekącego bólu, który wywoływały mocno krwawiące rany. Płakał z tęsknoty, płakał dlatego, że kochał. Wciąż kochał.

 Przyszło mu żyć w kłamstwie. Okłamywał siostrę, przyjaciół, samego siebie. Usiłował wmówić sobie, że nienawidzi chłopaka z zielonymi oczami, który pachnie oceanem, który jest najodważniejszym półbogiem, jakiego znał. Chciał go nienawidzieć. Ale nie mógł.

 Tęsknił za nim. A każdy dzień, każda noc, każde kłamstwo zabierało mu coś ważnego. Za każde fałszywe słowo tracił to coś, co powoduje, że chce się żyć.

 Myślał o tym wszystkim, pisał w swoim dzienniku, rysował krwawe obrazy na swoim ciele. Jedna z głębszych ran na lewej ręce zapiekła go tak, że zacisnął zęby z bólu. Życie jest takie beznadziejne, kiedy ukrywa się uczucia, kiedy nie wypowiada się swoich myśli, kiedy zakrywa się każdy kawałek ciała przed wzrokiem innych. Czasami Nico miał ochotę w końcu przyznać się, że Percy dla niego jest ważniejszy niż ktokolwiek. Miał ochotę pokazać Hazel swoje ręce i uda. Chciał powiedzieć Jasonowi, że jego rady nie działają. Czasami tak bardzo chciał być szczery.

 Ale nie chciał ich krzywdzić.

 Zamknął podniszczony zeszyt. Położył się, zaciskając zęby z bólu. Naciągnął kołdrę na głowę i wstrzymał oddech, żeby przestać płakać. Kara została wymierzona. Kara za każde dzisiejsze fałszywe słowo.

 To, co napisał w dzienniku, było bardzo chaotyczne, ale chyba w pełni oddawało to, co działo się w jego głowie:

"Czwartek, 14 września, 2:57 w nocy

 Zaraz umrę. Zaraz po prostu nie wytrzymam. Tak źle jeszcze nigdy nie było. Jestem fałszywym psem, nie powinienem żyć. Zaraz pęknie mi serce i wykrwawię się na śmierć. Chcę zniknąć. Chcę przestać myśleć, tęsknić, wspominać. Nie mogę dopuścić do tego, żeby Hazel albo ktokolwiek inny dowiedział się, co robię. Ale ja tonę, ja umieram, ja chcę zdechnąć. Boli mnie wszystko, tu jest tak dużo krwi. Boję się, że przesadziłem. Na Hadesa, jaki ze mnie tchórz. Zasługuję na karę. Muszę się ukarać, za to wszystko, za to że okłamuję moją jedyną siostrę, moich przyjaciół. Oni są tacy dobrzy dla mnie, a ja jestem skończonym, zakłamanym skurwysynem. Nienawidzę siebie. Nienawidzę tego, jak wyglądam. Nienawidzę tego, kim jestem. Powinienem zdechnąć. Ale ja boję się śmierci, nie mam tyle odwagi, żeby skończyć ze sobą. Wiem co się stanie, kiedy przetnę sobie żyły, znam całą trasę po Podziemiu, ale boję się. Chcę umrzeć, ale się boję! Jestem cholernym tchórzem. Teraz to ja gram. Kocham Percy'ego, taka jest prawda, ale nie przyznam tego. Tesknię za nim. Nie chcę żyć bez niego. Kocham go, tak bardzo go kocham, do jasnej kurwy! Dlaczego jestem taki? Dlaczego się urodziłem? Dlaczego istnieję? Ale zasługuję na to. Nie mam już bandaży, nie mam miejsca na nowe blizny. Nie potrafię zapomnieć. Umieram."

 Zasnął, zmęczony płaczem i bólem, pod koniec piosenki "Nothing Left To Say" Dragonsów. Kochał ten utwór i nienawidził go jednocześnie, bo tak bardzo przypominał mu swoją sytuację.

 W końcu otoczyła go ciemność. Nie śniło mu się nic.

******
Percy
******
(dwa i pół miesiąca później)

  - Postaraj się nie rozmawiać dłużej niż pół godziny - rzucił Chejron wychodząc z jedynego pomieszczenia w Obozie Herosów, gdzie znajdował się telefon.

 Percy skinął głową i trzęsącymi się rękoma wybrał numer.

 Po trzech sygnałach w słuchawce ktoś zapytał:

- Sally Jackson, kto mówi?

- Cześć mamo. To ja.

- Percy! Jak dawno cię nie słyszałam...

- Przepraszam, ale wiesz, jak tu jest. Co u ciebie?

- Tak dawno się nie widzieliśmy... Nic nie wiesz, tak? Planuję ślub, synku. Właśnie zastanawiałam się, czy zapraszać też wujka Jamesa, czy go sobie darować.

- Co? Ślub? Z Paulem?

- Tak. Mam nadzieję, że przyjedziesz.

- Mamo, nawet nie wiesz, jak się cieszę! To wspaniale! Ale Jamesa nie zapraszaj. Zje wszystkie cukierki.

- Och, Percy! Jeśli chcę zaprosić ciotkę Elizabeth, to Jamesa tez muszę.

- No tak. Mamo?

- Tak?

- Będę mieć siostrzyczkę? Albo braciszka?

  Sally roześmiała się.

- Nie skarbie, jestem na to za stara.

-  Szkoda.

- Percy, nie sądziłam, że tak chciałbyś mieć młodsze rodzeństwo. A tak w ogóle to Paul cię pozdrawia.

- Też go pozdrów.

- Czemu masz taki dziwny głos, Percy?

- Dziwny? Jestem po prostu trochę zmęczony.

 Przez chwilę panowała cisza.

- Halo? - powiedział cicho.

- Jestem. Mów, co u ciebie.

- Nic ciekawego. Tak sobie.

- Słuchaj, nie próbuj udawać, że wszystko okay. Jestem twoją matką i wiem, że coś ci leży na sercu, więc mów jak się czujesz.

- Nie najlepiej. Właściwie to bardzo źle.

- Jak to?

- To znaczy... Nie przejmuj się, mamo. Nie dzwoniłem po to, żeby ci się żalić.

- Powiedz.

 Percy zastanowił się chwilę. Postanowił powiedzieć prawdę.

- Mamo, tak naprawdę czuję się okropnie i nie mam z kim porozmawiać. Jeśli serio chcesz tego słuchać...

- Serio chcę tego słuchać.

-  No... Zakochałem się.

- O Boże, będę mieć wnuki! Opowiedz mi o niej.

 Percy zacisnął usta. Milczał.

- Coś nie tak? Halo?

- Mamo, zakochałem się w chłopaku.

- ...

-  ...

- Przepraszam, synku. Ale w porządku. Wiesz, po prostu mnie zaskoczyłeś.

- Wolałabyś, żeby to była dziewczyna, prawda?

- Skarbie, dopóki ty jesteś szczęśliwy, to ja jestem szczęśliwa. Wcale nie wolałabym. Przecież to twój wybór. Wiesz, że ja zawsze będę cię wspierać, w końcu jesteś moim synem. Kocham cię, jakkolwiek potoczy się twoje życie, ja zawsze ci pomogę.

  Jasne.

  Sally była cudowną matką, ale dobrze wiedział, że ją zawiódł. Wiedział, że wolałaby, żeby jej syn był "normalny". Ona chciała mieć synową i wnuki. Mimo to cicho odpowiedział jej:

-  Dziękuję, mamo.

- No, to opowiedz mi o nim.

 Syn Posejdona wziął głęboki oddech. Dawno nie czuł się taki przygnębiony. Cholernie ciężko jest opowiadać o kimś, kogo kochasz. Jakimś dziwnym sposobem na twarz wkrada ci się uśmiech, czujesz motylki w brzuchu... Nie wiesz co powiedzieć.

 Zupełnie inaczej jest, kiedy wiesz, że ta osoba cię nienawidzi. Wtedy tylko chce ci się płakać.

 Ale Percy w końcu zaczął mówić.

- Ma na imię Nico. Jest młodszy ode mnie. I jest strasznie nieśmiały, taki skryty. Bardzo dużo przeszedł, wiesz, on nie ma nikogo bliskiego poza swoją przyrodnią siostrą. Życie dało mu w kość. Serio, nie znam nikogo, kto przeszedł tak wiele jak on. Ale jest bardzo mądry i zabawny, chociaż tylko niektórym pokazuje to swoje oblicze. Trudno jest zdobyć jego zaufanie...

 W tym momencie zaczął drżeć mu głos.

- Jest wrażliwy. On... On jest kruchy jak szkło. Ale też niesamowicie odważny. Walczy na miecze jak mało kto. Pięknie śpiewa, chociaż wstydzi się to robić. Tylko raz go słyszałem. Ma takie... Takie miękkie usta. On jest jak anioł. On jest moim aniołem. Jest taki dobry... I mamo, przysięgam na wszystko, że ma najpiękniejsze oczy na świecie.

 Sally milczała przez chwilę, a potem zapytała:

- Więc w czym problem? Dlaczego mówisz, że jest bardzo źle?

- Mamo... Ja go skrzywdziłem. Bardzo. Ale kocham go, cholera, kocham go jak nikogo innego. On już nigdy mi nie zaufa, po tylu kłamstwach. Nie wierzy mi, choć mówię najszerszą prawdę. Dałbym wszystko, żeby z nim być. Wiem, że nie zasługuję na to, ale tak bardzo tego chcę. Nie widziałem go prawie pół roku, mamo...

- Percy, ty płaczesz?

- Wszyscy mnie tutaj nienawidzą, z nim na czele. Nie mam nikogo, z kim mógłbym pogadać. Należy mi się, wiem... Ale to jest takie trudne. Nie wytrzymuję już. Obiecałem mu, że zniknę z jego życia na zawsze, żeby mógł o mnie zapomnieć. O takim fałszywym draniu, jak ja. Myślałem, że ja też zapomnę. Ale każdy dzień jest coraz gorszy. Nie umiem żyć bez niego.

- Percy, proszę, przestań płakać.

- Czuję się, jakbym był zupełnie sam. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Dni są takie same. W nocy śpię wyjątkowo rzadko. Wszystko jest szare, chcę krzyczeć, ale nie mam do kogo. Nie ma we mnie nic, nic nie jestem wart. Nie mam po co żyć.

- Nie możesz tak mówić. Nie płacz.

- Mamo, przepraszam cię za wszystko. Kocham cię. Nie chciałem, żeby tak wyszło... Nie martw się o mnie. I powiedz Paulowi, że przepraszam go za to, że nigdy nie mówiłem do niego "tato", chociaż bardzo tego chciał.

 Rozłączył się.

 Przez chwilę stał bez ruchu, próbując się uspokoić. Wziął kilka głębokich oddechów.

  Tak zaczynał się każdy dzień.

  Zanim noc całkowicie wyblaknie, już doskonale wiedział, że dzień będzie zły.

  Codziennie szedł przez piekło od nowa i od nowa.

  Piekło.

  Piekielny ogień w płucach, kiedy tłumił łkanie.

  Piekło wybrukowane snami o delikatnych dłoniach i pięknym głosie.

  O jego aniele.

  Piekło, piekielny ogień, którego nie gaszą łzy.

  Codziennie to samo.

  Zarzucił kaptur na głowę. Wyszedł, nie patrząc na nikogo.

  Nie ma nikogo. Na świecie jest tylko on. I ten, którego imię tak trudno wymówić, którego tak bardzo kocha. I tysiące ludzi, którzy nienawidzą syna Posejdona o zielonych oczach.

- Frajer - usłyszał pomruk jakiejś dziewczyny za sobą.

- Hej, glonojadzie! Już nie lubisz się bić?

- Spójrz na tę sierotę. On nie utrzyma nawet miecza.

- Jackson, myślisz, że jak zasłonisz swoją fałszywą buźkę kapturkiem, to nikt cię nie pozna?

- Jesteś żałosny.

  Piekło.

  Codziennie przechodził przez piekło.

  Zupełnie sam.

  Chciał krzyczeć o pomoc, prosić, żeby w końcu go zostawili.

  Ale był sam.

  Doszedł do pawilonu jadalnego. Nie miał ochoty na śniadanie. Usiadł przy swoim stoliku, stoliku Posejdona, i rozglądał się.

  To co zawsze. Starzy przyjaciele, patrzący nienawistnym wzrokiem, szklanka wody na stole, niebieskie naleśniki, których nie tknął.

 I chłopak w czarnym ubraniu wchodzący do pawilonu.

 Nie chciał w to wierzyć, dopóki Leo nie wykrzyknął:

- Patrzcie ludzie, kto nas odwiedził! Najgorętszy syn Hadesa w historii Obozu!

- Hej, Nico! - wrzasnęła Piper.

 Brunet zaśmiał się cicho i przywitał ich. Potem całą trójką przesiedli się do stolika Hadesa i rozmawiali.

  Po takim czasie.

  Ani słowa, ani spojrzenia.

  Nie, to nie może być prawda.

  Piekło.

  Pieką oczy.

  Płoną płuca.

  Nie, nie teraz. Nie mógł się załamać.

  "To jest bez sensu" - pomyślał.

  Zasłonił twarz dłońmi. W jego oczach zaszlikły się łzy.

 - Nie - wyszeptał.

  Bogowie, jak to boli.

  Przez chwilę nie liczyło się nic. Mimo zgiełku na stołówce w jego umyśle panowała cisza. Poczuł się zupełnie pusty, jakby zabrano mu dosłownie wszystko. Słyszał tylko swój oddech, który próbował uspokoić.

  W końcu podniósł wzrok.

  Napotkał jego spojrzenie. Przez jeden krótki moment patrzyli sobie prosto w oczy.

  A potem Nico odwrócił się do niego plecami.

"Więc nie mam już nic", myślał. "To ja przegrałem."

  Wyszedł ze spuszczoną głową.

  Czy to już koniec gry?

  Tak, dziś wchodzimy na najwyższy poziom. Ostatni poziom. Potem gra się kończy.

  Login: Percy Jackson.

  Ostatni poziom.

  Aby ukończyć, potrzebne: tabletki nasenne.

******
Nico
******

- Więc na jak długo przyjechałeś? - zapytała Piper.

  Nico okrutnie nienawidził siebie, a to uczucie zwiększało się z każdą minutą.

  Kolejne kłamstwa. Kolejny dzień z fałszywym uśmiechem na twarzy, z doskonale wyuczoną już formułką: tak, dziękuję, wszystko dobrze, już w porządku, czuję się świetnie.

- Nie wiem jeszcze - odpowiedział. - Może zostanę na tydzień, może dwa.

- Zostań jak najdłużej, stary - zaśmiał się Leo. - Tak dawno cię tu nie było.

 Nico uśmiechnął się słabo. Fałszywy uśmiech. Miał dość tego, że wszyscy starają się być jak najbliżej niego. Zawsze miał kogoś, z kim mógł porozmawiać, a właściwie musiał, bo nie chciał wzbudzać podejrzeń. Ani nikogo ranić. Miał dużo przyjaciół. Za dużo. Właściwie nigdy w ciągu dnia nie był sam. Miał tego dość, bo wciąż musiał ukrywać swoje prawdziwe myśli.

 Właśnie takie chwile, kiedy niby beztrosko rozmawiał z kolegami i koleżankami przy śniadaniu, bolały go najbardziej. Wszystko było takie sztuczne.

 Nie, nic się nie zmieniło. Noce wciąż są takie same. Rany nie mogą się zagoić, jeśli wciąż tworzone są nowe.

 Pomyślał o Percy'm. Nie przyjechał po to, żeby się z nim spotkać, nie po to, żeby go zobaczyć.

 Ale nie mógł powstrzymać chęci, aby spojrzeć za siebie.

 I właśnie wtedy go zobaczył.

 Percy siedział przy swoim stoliku, pochylony, z twarzą ukrytą w dłoniach. Słaby. Wydawał się być niższy, chudszy, skurczny. Załamany.

 Podniósł głowę. Spojrzał prosto na niego.

 W jego zielonych oczach błyszczały łzy.

 I wtedy powróciły wszystkie wspomnienia, milczące chwile smutku w jego objęciach. Każdy wspólnie spędzony dzień, kiedy wieczorem nie potrafił rozszyfrować tego, co mówiły jego smutne oczy. Za każdym razem, kiedy Percy podchodził do niego i bez powodu wtulał się w jego włosy, i trwali kilka sekund w przygnębiającym milczeniu. Wtedy naprawdę wierzył, że go kocha...

 Lecz nie zapominał też o tym, jak stojąc sam, nagi w łazience wpatrywał się w swoje odbicie i patrzył na sińce po tym, jak Percy go uderzył.

 Ale nigdy, przenigdy nie widział łez w jego oczach.

 Nico odwrócił wzrok. Mimo wszystko bardzo chciał wstać i po prostu go przytulić. Ale nie, nie mógł tego zrobić. Nie teraz, nie tutaj. Nie potrafił też już go unikać, udawać, że nie istnieje.

 Udawał, że słucha opowieści Leona o tym, co działo się w obozie podczas jego nieobecności. Co jakiś czas kiwał głową, uśmiechał się, ale w pamięci utkwiła mu jego twarz. Bogowie, co się z nim stało?

 "Przestań", pomyślał. "Nie po to tutaj przyjechałeś, żeby się o to martwić."

 Ale nie potrafił przestać.

 W końcu przeprosił przyjaciół i odszedł zamyślony w stronę domku trzynastego.

 Co się wydarzyło?

 Nie umiał opisać uczucia, które w tamtej chwili nim kierowało. Czy było to coś w rodzaju troski?

 Nie chciał już nigdy troszczyć o niego, już nigdy nie chciał dać się nabrać. Nigdy nie chciał na niego spojrzeć, nigdy nie chciał wspomnieć jak dobrze mu z nim było... Pomimo wszystkiego, co było mu zrobił.

 Bo mimo wszystko, kochał go. Wciąż go kochał. I choć trudno było mu to przyznać przed samym sobą, bardzo chciał nu wybaczyć.

 Mijając domek Posejdona zauważył, że drzwi są uchylone. Percy nigdy nie zostawiał otwartych drzwi.

 Nie zastanawiając się długo, postanowił zajrzeć do środka.

******
Percy
******

  Dość już patrzenia w kalendarz, wystarczy gapienia się w zepsuty zegar.

  Ciągle sam.

  Nikogo, kto chciałby pomóc.

  Tak bardzo chciałby tej pomocy.

  Ale potworom się nie pomaga. Potwory się tępi.

   Dzień za dniem, godzina za godziną, wszystko wciąż jest takie samo.

"gdybyś tylko mógł mnie ocalić
tonę w wodach mojej duszy"

  Percy czuł się pusty. Jego domek był pusty, umysł był pusty, ale serce było pełne po brzegi.

  Jego serce było wypełnione smutkiem, umęczone ciągłą tęsknotą.

  Umysł tak bardzo zmęczony od tej ciągłej nadziei, nawet po pół roku. Nigdy jej nie stracił.

  Ciało skatowane conocnym płaczem, wykończone bezsennymi nocami, zesztywniałe od czekania.

  Oczy umęczone gapieniem się w ściany, zalewane niekończącymi się łzami wciąż od nowa.

  Jeszcze niedawno walczył z tym, chodził na treningi, wypełniał harmonogram, nie zwracał uwagi na całą nienawiść skierowaną na niego. Walczył.

  Teraz już nie miał o co.

  Jego palce mocno zaciskały się na małej buteleczce z środkami nasennymi.

  Nico di Angelo.

  Jedyny, którego pokochał.

  Jedyny, którego tak bardzo skrzywdził.

  - Miałem zniknąć z twojego życia, Nico - wyszeptał. - Więc zniknę już na zawsze.

  Nie będzie żadnych pożegnań, przeprosin, pieprzonych powodów dlaczego. Nikogo to nie obchodzi.

  Odkręcił butelkę.

  "Za to, że cały czas okłamywałem Nico".

  Wysypał jedną tabletkę na dłoń.

 "Za to, że go biłem".

  Druga tabletka.

 "Za to... Że go zgwałciłem."

  Trzecia tabletka. Pierwsza łza.

 "Za to, że mnie nienawidzi."

 "Za to, że jestem potworem."

  "Za to, że boję się wychodzić z domu, bo nienawidzą mnie wszyscy."

  "Za to, że zawiódłem mamę."

  "I dlatego, że całe życie byłem zły, muszę zginąć."

  Osiem.

  Osiem tabletek na jego dłoni.

  Szklanka wody na stoliku obok łóżka, na którym siedział.

  To wystarczy do zakończenia gry.

  W tej samej chwili, kiedy podnosił już rękę do ust, ktoś zawołał:

- Nie zrobisz tego!

 Drzwi zaskrzypiały. Podbiegł do niego chłopak o ciemnych włosach, bladej twarzy i najpiękniejszych oczach na świecie.

 Chwycił go za nadgarstek, a wszystkie pigułki z jego dłoni potoczyły się po podłodze. Percy patrzył na nie tępym wzrokiem. Nie rozumiał nic. Nie chciał rozumieć. Czuł, jakby jakiś głos w jego głowie podpowiadał: podnieść, połknąć, skończyć, umrzeć, i tak w kółko.

 Spojrzał na słoiczek w drugiej ręce, ale ten anioł w czarnym ubraniu mu go zabrał, a potem klęknął przed nim. Mocno złapał go za oba nadgarstki.

- Nie możesz tego zrobić. Nie możesz - mówił.

 Syn Posejdona patrzył na swoje ręce. Były oplecione białymi palcami Nico.

 Nico.

- Spójrz na mnie - poprosił.

 Uniósł wzrok na jego twarz.

- Dlaczego?

 Nie mógł odpowiedzieć. Po prostu zaczął płakać. Wtulił twarz w ramię Nico. I płakał, dopóki łzy nie zalały całej twarzy, płakał jak dziecko, szlochając i łkając głośniej niż kiedykolwiek. A syn Hadesa gładził delikatnie jego włosy, szeptając do ucha:

- Cii, uspokój się. Jak mogłeś... Jak mogłeś w ogóle o tym pomyśleć?

 Zaczął kołysać go w ramionach. Pachniał jak te stare, drewniane meble. I ziemią. Czarną, świeżo rozkopaną ziemią.

 Percy nie mógł w to uwierzyć. Nie mógł uwierzyć, że znowu może go przytulić, że może płakać właśnie w jego ramionach, nie mógł uwierzyć, że jego anioł jednak przy nim jest.

 W końcu Nico ujął jego twarz w swoje dłonie. Były zimne, ale przyjemnie chłodziły jego policzki, kiedy ocierał z nich gorące łzy.

 Ich twarze znów były tak blisko.

- Tęskniłem za tobą - wyszeptał syn mórz.

- Dlaczego chciałeś wziąć te tabletki?

 Spuścił głowę. I zaczął opowiadać o wszystkim, co czuł. Bo po raz pierwszy ktoś chciał go wysłuchać. Opisywał ostatnie, najgorsze dni, opisywał emocje, mówił, jak wielką miał chęć umrzeć, zniknąć, nie czuć, uciec od wszystkich, którzy go nienawidzili. Opowiedział mu o wielkim smutku, tęsknocie i osamotnieniu.

 Bo chyba najgorszy rodzaj samotności jest wtedy, kiedy wokoło jest pełno ludzi, ale nikt nie chce cię wysłuchać.

 Kiedy skończył, poprosił go tylko:

- Czy mógłbyś mi wybaczyć, zanim odejdziesz? Proszę, mógłbyś zapomnieć, o tym co ci zrobiłem? Gdybyś to dla mnie zrobił, byłbym bardzo szczęśliwy.

 Nico przyciągnął go do siebie tak, że ich wargi prawie się stykały. Percy zamknął oczy.

- Nie chcę odchodzić - wyszeptał brunet.

 I pocałował go delikatnie.

 Poczuł rozlewające się po jego klatce piersiowej ciepło, ale nie ośmielił się oddać pocałunku.

- Już dawno ci wybaczyłem, Percy - powiedział brunet. - Bo cię kocham.

 "Kocham".

 Czy może być coś bardziej pięknego?

 Czy może być coś bardziej nierealnego?

- Przecież... - zaczął.

- Wiem. Ale wtedy to ja grałem. Nigdy nie przestałem cię kochać. Nie masz pojęcia, jak za tobą tęskniłem.

 Percy miał już tylko jedno życzenie, ale nie śmiał wypowiedzieć go na głos.

- Nico?

- Tak?

- Nie chcę już tej gry. Możemy ją skończyć?

 Nico zacisnął usta. Po chwili powiedział:

 - Jeśli chcemy skończyć grę, to musisz o czymś wiedzieć.

 Ściągnął kurtkę, pod którą miał na sobie tylko koszulkę z krótkimi rękawami.

 Całe ręce miał pokryte bliznami, czerwonymi pręgami, a niektóre z nich musiały być naprawdę głębokie.

 Syn Hadesa pochylił głowę. Już nie patrzył mu w oczy. Dodał tylko cicho:

- To jeszcze nie są wszystkie.

 Potem nie powiedział już nic.

 Percy powoli, delikatnie podniósł jego rękę do swoich ust, jakby była kruchą porcelanową rzeźbą. Pocałował lekko ranę na jego przedramieniu.

- To przeze mnie, prawda? - zapytał szeptem.

 Nico milczał.

- Przepraszam.

 Przez kilka minut milczeli oboje. A potem Percy przytulił go i poprosił blagalnym tonem:

- Nie rób tego nigdy więcej.

 Brunet wciąż milczał.

- Jeśli nie przestaniesz, ja zrobię sobie tyle samo. Albo więcej.

- Nie - wyszeptał Nico. - Nie. Nie zrobię tego więcej.

- Kocham cię.

- Ja ciebie też.

 Mówią, że marzenia się spełniają, jeśli tylko trochę się im pomoże. Percy postanowił zaryzykować.

- Nico, wiem, że już dużo dla mnie zrobiłeś - zaczął. - Wybaczyłeś mi wszystko. To, że cię okłamywałem...

- Nie mów już o tym - przerwał mu.

- Dobrze. W każdym razie, nie zasługuję nawet na to, żebyś przyjął moje przeprosiny, ale... Może i jestem głupi, ale bardzo cię kocham, wiesz o tym?

 Syn Hadesa pokiwał głową.

- Wierzysz mi, że naprawdę tak jest?

  Rozejrzał się. Jego wzrok zatrzymał się na porozrzucanych tabletkach.

- Tak - odpowiedział. Wierzę ci. I ja też cię kocham.

 Percy wziął głęboki wdech.

- Więc czy dałbyś mi drugą szansę?

 Nico zawahał się.

 Syn Posejdona zamknął oczy.

 Więc tak to się skończy.

  "Marzenia się nie spełniają", pomyślał. Ale w tej samej chwili poczuł ciepło jego ust na swoich wargach i usłyszał ciche "tak".

 Przyciągnął go do siebie i odwzajemnił pocałunek. Kiedy skończyli, nie mógł powstrzymać radosnego śmiechu rosnącego mu w piersi.

- Więc to koniec gry? - zapytał Nico z uśmiechem.

- Koniec gry. Bo już nie muszę grać.

 Bo miłość nie jest grą.

 Miłość potrafi doprowadzić do szaleństwa.

 Potrafi zabić.

 Ale potrafi uratować skatowane serca.

 Miłość nie jest grą.

 Miłość jest czymś wspaniałym.

******

No, kochani, a teraz dziękuje bardzo za przeczytanie i proszę o komentarz.
A następne opowiadanie będzie z parringiem, jakiego na tym blogu jeszcze nie było ^^ i wiecie co? To będzie naprawdę ostre opko >:D 

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Gra. Część I. Dotyk

Nie zabijajcie, ja wiem, że miało być Solangelo, ale po pierwsze: na Solangelo nie mam weny. Po prostu. Brakło jak za komuny w sklepie. Po drugie: tak z dupy słuchając kilku piosenek ułożyła mi się w mojej chorej główce niezłą historyjka, a tatuś jak na złość na nią dał wenę ;-; Napisane w dwa dni i jedną bezsenną nockę, żałosne, krotkie, nie wyszło. Ale jest zapchajdziura.

 Nie mam pojęcia, jakie opowiadania i kiedy pojawią się teraz na blogu. Chyba jakiś seks. Nie wiem jeszcze jaki parring xD Oczywiście, przepraszam za tak długi brak postów, powinnam to zrobić na początku, brawo ja. Może przejdzmy już do rzeczy? Zapraszam do czytania tego badziewia ^^ uwaga, smutne, a jakże. Piosenka klimatyczna na dobry początek? Hmmm... Przesluchajcie Impossible w wykonaniu Jamesa Arthura. Każdy zna. No, jestem leniwa, nie wklejam linka. Spieszy mi się. Przepraszam. Dobra, już, koniec, finito, start.

******
Nico
******

- Zagrajmy w grę - powiedział Percy z jadowitym uśmiechem. - Powiedz mi, jak bardzo cierpisz. Powiedz, że to przeze mnie. Powiedz mi wszystko, o czym myślisz.

 W oczach Nico szkliły się łzy. Nie miał siły na niego patrzeć. Nie miał siły stać naprzeciw niego. Nie miał siły dłużej powstrzymywać szlochu duszącego go od środka. Opuściły go wszelkie siły. Na samym starcie nie miał ich zbyt wiele. Gdy widział teraz uśmiech Percy'ego rozumiał, że jest fałszywy. Słyszał ironię w jego głosie. Doskonale wiedział, że to wszystko rzeczywiście jest grą.

 Dlaczego nie widział tego wcześniej?

 Przecież ten sam chłopak jeszcze dzień wcześniej przytulał go czule, szepcząc "dobranoc". Ten sam uśmiech uwalniał tysiące motyli w jego żołądku. Te same usta mówiły mu codziennie, że go kocha. Te same usta jeszcze wczoraj wieczorem całowały go natarczywie.

 I te same usta wypowiedziały przed kilkoma minutami słowa: "to był żart".

 I istotnie, te same usta teraz śmiały się ze swojego dowcipu.

 - Pobij mnie - śmiał się Percy. - Opowiedz, jak się czujesz.

- Dlaczego to zrobiłeś? - wychrypiał Nico. - Co to miało być? Jaki żart? Chciałeś się popisać? Przed kim?

- Zgaduj dalej - syn Posejdona zaśmiał się.

 Po policzku Nico poleciała łza. Jak mógł być tak ślepy?

- Chcesz po prostu widzieć mój ból, prawda?

 Uśmiech nie opuszczał twarzy Percy'ego.

- Więc patrz - mówił dalej Nico. - Już dawno nie płakałem. Dawno tak nie cierpiałem. Byłem szczęśliwy z tobą. - Czuł, że kolana powoli odmawiają mu posłuszeństwa. - Byłem ślepy. Naiwny. Naprawdę cię kochałem. Byłeś spełnieniem moich marzeń, wiesz? I postanowiłeś zażartować ze mnie. Dałeś mi niebo, a zaraz potem zabrałeś. Miałem nadzieję. Sądziłem, że w końcu będzie dobrze. Byłem chory. I nadal jestem. Nie mam siły. Jestem cholernie zmęczony.

 W czasie, kiedy mówił, na ziemię spadało coraz więcej jego łez. Płacz ścisnął go za gardło, przez chwilę nie był w stanie mówić. Patrzył tylko w oczy Percy'emu. I wiedział, że podoba mu się to milczenie. Podobało mu się jego cierpienie.

- Patrz na mnie - kontynuował. - Chcę dla ciebie jak najlepiej, przecież wiesz. Więc jeśli chcesz widzieć mój ból, to będziesz miał to, czego chcesz.

 Percy uśmiechnął się. Zastanawiał się nad czymś. Wyglądał, jakby chciał czegoś jeszcze, jakby chciał coś dopowiedzieć.

- Jesteś bardzo łatwowierny - stwierdził po chwili. - Jesteś po prostu słaby. Przegrasz moją grę.

- A co powinienem zrobić, żeby wygrać? - zapytał syn Hadesa, ocierając kolejną łzę. Zdawało mu się, że nigdy się nie skończą.

- Powinieneś puścić mi wiązankę. Wiem, że potrafisz - mówił, powoli zbliżając się do niego. - Powiedz, że mnie nienawidzisz. Wiem, że tak jest.

 Stał już na tyle blisko bruneta, że chwycił go za rękę. Nico nie opierał się. Percy drugą ręką otarł mu jedną z wielu łez, płynących po jego twarzy.

- Przyznaj, że to moja wina.

 Nico zamknął oczy. Jego dotyk... Był znowu tak blisko niego. Jeszcze niedawno schowałby głowę w jego ramionach. Jeszcze tak niedawno poczułby delikatny pocałunek na policzku.

  Teraz mógł jedynie powstrzymywać kolejną falę płaczu.

- W takim razie ty wygrałeś - powiedział.

 Już chciał się odsunąć, uciec gdzieś przed nim, przed jego wzrokiem, przed swoją własną słabością, ale Percy przyciągnął go do siebie jeszcze mocniej i pocałował.

 Nico nie czuł nic. To już nie było przyjemne. Już nie czuł setek motyli w brzuchu. Czuł pustkę.

 Zacisnął pięści. Teraz już rozumiał. Doskonale wiedział już, czego chce Percy. Tylko nie wiedział dlaczego.

 Nie przerwał pocałunku. Nie chciał dać satysfakcji synowi mórz. Czekał, aż sam skończy.

 Kiedy Percy w końcu odsunął się od niego, Nico spojrzał mu prosto w oczy i zapytał:

- Dlaczego tak bardzo zależy ci na tym, żebym cię znienawidził?

 Zacisnął powieki, spod których wypłynęło jeszcze więcej łez. Percy stał naprzeciwko niego. Cały ten czas uśmiechał się podle.

- Ja nie potrafię cię nienawidzić.

 Zero reakcji.

- Nie potrafię być na ciebie zły - zaszlochał ponownie. - Doskonale wiesz, dlaczego.

- Sądzę, że wiem - odpowiedział. - I wiesz co, skarbie? Nic mnie to nie obchodzi.

 Zielonooki zaczął się śmiać.

 Nico nie miał pojęcia, co tak naprawdę czuje. Może jednak był zły? Nie, raczej zagubiony. Bezdennie smutny. Zawiedziony.

 Mimo to, wciąż był w stanie stać tam, na przeciw osoby będącej całym jego światem, i płakać. Był w stanie cierpieć, żeby Percy mógł się tym nacieszyć. Tylko jednej rzeczy, której on chciał, Nico nie mógł wykonać.

 Nie potrafił oskarżyć go o zdradę. Nie potrafił oskarżyć go o nic, co byłoby równoznaczne z obarczaniem go winą za swój ból.

 Dlaczego?

 Doskonale wiesz.

- Nic nigdy dla mnie nie znaczyłeś.

 Te słowa krzywdzą.

- Fajnie było patrzeć, jak naiwnie myślałeś, że to wszystko jest naprawdę.

 Ale ten ból można wytrzymać.

- Byłeś dla mnie tylko zabawką.

 To cierpienie można wytrzymać tylko wtedy, kiedy prawdziwie kogoś kochasz.

- To była tylko gra.

- Dla ciebie gra - odezwał się wreszcie syn Hadesa. - Dla mnie coś o wiele więcej.

- Coś o wiele więcej? - Percy uniósł brwi. - No to ups, nawet nie jest mi przykro.

 Czasami nie ma już nic więcej do powiedzenia.

 Wtedy odchodzimy i myślimy, że to tchórzostwo.

 A tak naprawdę to jedyne wyjście.

******
Hazel
******

 Jeszcze zanim Hazel weszła do domku trzynastego, słyszała, ze w środku trwa wielka szamotanina.

- Hej! - zawołała, otwierając drzwi. - Już jestem!

 Nie usłyszała żadnej odpowiedzi.

 Usłyszała tylko ciche odgłosy. Wydawało się, że ktoś jest w domku i czegoś szuka.

- Braciszku, jesteś tu? - zapytała niepewnie.

 Położyła torbę z ubraniami na swoim łóżku. Chłopak przygotował domek Hadesa na jej przyjazd: pościelił łóżka, posprzątał i rozwiesił prześcieradło między ich łóżkami, bo wiedział, że Hazel ceni sobie prywatność, nawet jeśli ma mieszkać tylko z bratem.

 Zajrzała za kotarę z prześcieradła.

 Nico stał pochylony nad torbą, którą pośpiesznie pakował. Nie widział Hazel, był odwrócony do niej plecami. Na podłodze wszędzie walały się jego porozrzucane ubrania.

 W pewnym momencie znieruchomiał. Pokój wypełniła cisza. Nico wciąż stał sparaliżowany. Nagle z rąk wypadła mu pomarańczowa koszulka Obozu Herosów. Jego ciało zaczęło drżeć, a ciszę przerwał ledwo słyszalny szloch. Schował twarz w dłoniach.

- Co się stało? - zapytała, podchodząc powoli do niego.

 Nico powoli opuścił ręce z twarzy. Policzki naznaczone były wysychającymi śladami, a pod powiekami tworzyły się coraz to nowsze łzy. Pod oczami zauważyła cienie, których juz tak dawno nie widziała. Ostatnio był taki szczęśliwy... Ale teraz... Jeszcze nie widziała go w takim stanie. Nie patrzył jej w oczy. Usiłował zdusić płacz.

- Co jest? - zapytała ponownie.

 Nico w końcu spojrzał na nią. Jego oczy przepełnione były bólem tak wielkim, że była przekonana, że ona sama nie wytrzymałaby go. Wyglądał na dogłębnie skrzywdzonego. I załamanego. Wyglądał, jakby był ranny, ale tej rany Hazel nie mogła zobaczyć. Nie miała pojęcia, jak jest głęboka. Ta rana była dobrze ukryta. I już nigdy nie będzie zaleczona.

 Po jego policzkach poleciały świeże łzy.

- Już nic nie mam - wypowiedział łamiącym się głosem. - Nic.

 Hazel była zbyt przerażona jego stanem, żeby coś powiedzieć. Gdy widziała go takiego... Też chciało jej się płakać. Nie chciała patrzeć na jego płacz. To było bolesne również dla niej. Odczuwała jego cierpienie.

 Podeszła do niego jeszcze bliżej. Odsunęła czarne kosmyki włosów, które opadały na oczy chłopaka i najciszej, najdelikatniej jak mogła powiedziała:

- Uspokój się. Jestem tutaj. Powiedz, o co chodzi.

 Spojrzał na nią niepewnie. Przez chwilę zdawać by się mogło, że jej nie ufa. Nawet nie tylko jej, jakby nie ufał samemu sobie, własnym uczuciom. Wyglądał na bardzo zagubionego. Wyglądał, jakby stracił zaufanie do kogokolwiek, łącznie ze sobą.

 Jednakże po chwili schował się w jej otwartych ramionach. Przytuliła go mocno, a on znowu zaszlochał cicho.

- Nico, proszę, powiedz, o co chodzi.

 Jego palce mocniej zacisnęły się na ramionach Hazel. Jeszcze przez moment usiłował powstrzymać szloch, ale zaraz wybuchnął płaczem.

- Dlaczego nie potrafię go znienawidzić? - mówił przez ściśnięte gardło. - Ja go nadal kocham, Hazel. Dla niego to była tylko gra. Ale ja go wciąż potrzebuję. Wciąż go kocham, do cholery! - zaszlochał. Jego głos przepełniony był goryczą i bólem. - On tylko żartował. Mówił, że też kocha. Był ze mną zawsze. Przytulał, całował... A potem...

 Nie był w stanie mówić dalej. Rozpłakał się na dobre.

 Hazel nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Przecież Percy był uczciwy. Był przywódcą. Wszyscy mu ufali. Był dobrym przyjacielem. A kiedy Nico wyznał mu swoje uczucie, okazało się, że rzekomo również jest w nim zakochany. Byli ze sobą juz dobre trzy miesiące. Jak mógł...?

 Nico wciąż cały drżał. Nie mógł nad sobą zapanować.

"Przez ten cały czas, gdy byli razem, pewnie Nico powiedział mu o wszystkich swoich sekretach" - pomyślała Hazel. - "A ten dupek z pewnością to wykorzystał."

- Nico, ufałeś mu, prawda? - zapytała, szepcząc mu do ucha. - Wyjawiłeś mu swoje tajemnice?

- Tak - wyszeptał. - Teraz wie o nich chyba cały Obóz.

- Co za sukinsyn.

 Nico lekko odsunął się od niej. Nie patrzył jej w oczy.

- Bo widzisz, Hazel - zaczął - Ja mu ufałem bezgranicznie. Mówiłem mu o wszystkim. Dlatego, że jest dla mnie najważniejszy. - Coraz trudniej było mu mówić. - Miłość to jest właśnie cos takiego - dajesz komuś karabin do ręki i liczysz na to, że nie wystrzeli w ciebie.

 Choć Nico spuścił głowę, Hazel zauważyła, że na jego twarzy znów pojawiły się nowe łzy.

- Siostrzyczko, wiem, co chcesz zrobić - wydusił. - Ale zostaw go. On chce, żebym cierpiał.

- No właśnie. Nie pozwolę na to.

- Ale ja chcę, żeby był szczęśliwy. On lubi widzieć, jak płaczę.

 Dziewczyna stała sparaliżowana. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Czy ona zdobyłaby się na coś takiego? Czy zdołałaby trwać w bólu, tylko dlatego, że ktoś to lubi?

Jednego była pewna: Percy nie zasługiwał na jej brata. On darzył tego idiotę tak silnym uczuciem... To go zabijało od środka. Ta miłość go wkrótce wykończy.

 Ale rozumiała go. Wiedziała, że od niego mogłaby brać lekcje wytrwałości. Wiedziała, że tylko on jest zdolny do takiego poświęcenia. I choć nie był fizycznie ranny, powoli umierał wewnątrz. I był zdolny cierpieć dla niego, był skłonny umrzeć, byleby Percy był szczęśliwy.

 Wiedziała, że to jest przykład prawdziwej miłości.

 Ale nie mogła dopuścić do tego, żeby Nico cierpiał jeszcze bardziej. Może i kochał Percy'ego, ale ona kochała jego i zdecydowanie nie chciala patrzeć na jego łzy.

 Poczuła, że wstąpiły w nią nowe siły. Teraz napędzał ją gniew. Pragnęła za wszelką cenę wygarnąć Percy'emu co o nim myśli. Chciała dać mu do zrozumienia, jak wielką krzywdę wyrządził jej jedynemu braciszkowi. Nienawidziła go za to.

- Muszę coś załatwić - rzuciła, wychodząc z domku. - Poczekaj tu.

 Pognała w stronę wzgórza, na którym widziała już sylwetki jej przyjaciół.

******
Nico
******

- Czy ty nie rozumiesz, że on teraz już nikomu nie zaufa? - wrzeszczała córka Plutona. - Zniszczyłeś go! Wykorzystałeś! Ty dupku! On już nikogo nie pokocha tak jak ciebie!

- Zostaw go, Hazel - powiedział Nico. - To nie jego wina.

 Zrzucił kaptur z głowy. Torba z ubraniami ciążyła mu na ramieniu, ale i tak nie zdołał zabrać wszystkiego. Wystarczy na kilka dni.

 Syn Posejdona stał pod rozłożystym dębem, oparty o niego plecami. Nie robił sobie nic z wyzwisk Leona, Piper czy Franka, a z Hazel bezczelnie się śmiał.

 Hazel opuściła rękę, która przed chwilą miała uderzyć twarz Jacksona. Odwróciła się i spojrzała na swojego brata. Nic nie powiedziała.

- Oh, a więc wciąż jesteś zdania, że to nie moja wina? - zapytał Percy z chamskim uśmiechem.

 Nico spuścił głowę. Nie potrafił na niego teraz patrzeć. Zbyt wiele kosztowało go przebywanie tak blisko niego. Ciągle powstrzymywał łzy.

- To stało się przez moją ślepotę - wykrztusił. - Zostawcie go już.

- Jak możesz tak mówić?! - wykrzyknęła Hazel. - Ty nie widzisz, w jakim jesteś stanie? On cię zniszczył! - wskazała palcem na niego. - Nico, przestań się obwiniać! On cię wykorzystał, psychiczne i zapewne fizycznie. To jest chory sadysta, on chce tylko twojego cierpienia! - krzyczała. - On cię zabija! Czy ty tego nie widzisz? Dlaczego go bronisz?

- Hazel, proszę cię, przestań - powiedział cicho. Szybko otarł łzę, kolejną łzę, która popłynęła po jego policzku.

 Nico zaczynał powoli mieć dość wszystkiego. Miał ochotę się poddać. Miał ochotę jednak znienawidzieć Jacksona. Chciał w końcu powiedzieć o wszystkim co czuje.

 Ale nie czuł złości.

 Z tych myśli wyrwał go krzyk Hazel.

- Powiedz coś! Dlaczego ty go wciąż, do cholery, usprawiedliwiasz?

 Tak naprawdę Nico nie wiedział, dlaczego. Dlaczego nie czuł gniewu? Dlaczego tak bardzo chciał się poddać bez walki, bez tłumaczenia? Nie chciał już niczego więcej, jak tylko spokoju. Nie chciał tłumaczyć, o co chodzi. Nie miał juz siły wypowiedzieć tych kilku słów, które obrazowałyby całą prawdę. Bo tych kilka słów były tak proste, tak prawdziwe.

 Tak bolesne.

 Czuł wzrok wszystkich obecnych na sobie. Doskonale wiedział, że cokolwiek nie powie, to nic nie zmieni. Nic już nie cofnie przeszłości, nic nie wyrazi bólu, jaki odczuwał.

- Teraz już wszystko przepadło - powiedział jednak w końcu. - Wygrałeś. Byłem szczęśliwy, teraz... - wziął głęboki oddech. - Tak, złamałeś mi serce. To otworzyło wszystkie moje stare rany i utworzyło nowe.

 Czuł, że znowu zbiera mu się na szloch.

- Kurwa - zaklął pod nosem. - Nie mogę przestać płakać. Wiesz jak to boli? Ledwo wytrzymuję. Nigdy nie byłem tak głęboko ranny. Ale przecież tego chciałeś, prawda? - Teraz Nico już głośno płakał i choć wstydził się tego, mówił dalej. - Chciałeś, żebym cierpiał. Lubisz patrzeć na moje łzy. A mnie wciąż na tobie zależy. Wiesz, że zrobię dla ciebie wszystko.

 Ze wstydem schował twarz w dłoniach.

- Tak bardzo cię skrzywdziłem - powiedział cicho syn Posejdona.

 Jego głos przypominał Nico szum fal, kiedy morze jest spokojne. Ciche, ale przejmujące. W tym głosie nie było słychać już złośliwości. Już się nie uśmiechał.

- Nico, dlaczego wciąż nie mówisz wprost, że to moja wina? - zapytał. - Oboje wiemy, że to przeze mnie.

 Syn Hadesa nie widział zbyt dobrze, ponieważ wodna mgła zachodząca na jego oczy rozmazywała mu obraz. Jednakże doskonale widział dwie zielone plamki oczu chłopaka, patrzące prosto na niego.

- Dlaczego to znosisz? - zapytał ponownie. - Dlaczego mnie bronisz?

 Ten poważny wyraz twarzy sprawiał, że Nico znów miał ochotę przytulić go, usłyszeć, że wszystko już jest dobrze. Ale juz nie umiał mu zaufać. Nie wierzył, że ten wzruszony ton głosu jest prawdziwy. Doskonale wiedział, że gra wciąż trwa. To wszystko jest złudzeniem, snem, który się spełnił, ale potem rozprysnął się jak bańka mydlana.

 Gra wciąż trwa.

 A Nico jest od początku na straconej pozycji.

 Pora dać zbić swój pionek. Dalsza rozgrywka nie ma sensu.

 Ale pożegnania są takie trudne.

 Zwłaszcza, kiedy wiesz, że ta drugą osoba nie będzie tęsknić.

 I do końca życia pamiętane słowa, które wypowiedział z łzami płynącymi po twarzy, duszącymi jego gardło, piekącymi powieki:

- Dlatego, że cię kocham Percy. Zawsze będę cię kochał.

 Chwilę potem zamknął oczy, przywołując wspomnienie  Nowego Rzymu, i rozpłynął się w mrok.

******



sobota, 14 lutego 2015

W Domu Śmierci

 Na początku tylko wyjaśnię, że to moja wersja zakończenia Znaku Ateny i treści Domu Hadesa. Mała zmiana w czasie: od uwolnienia Nico z kadzi do rozpoczęcia misji Annabeth w opowiadaniu minął tydzień. A tak w ogóle to dawno mnie tu nie było. Cześć.

******


"- Nie ma ratunku - powiedział głos z ciemności na dole. - Trafię do Tartaru, ale i ty się tam znajdziesz."

"Pułapka bez wyjścia."

"Bardzo twardy upadek."

******
Hazel
******

 Annabeth żyje! Nico też! Mamy Atenę Partenos! Wracamy do domu!

 Bardzo martwiła się o przyjaciółkę. Ledwo się poznały, ale już były nierozłączne. Trudno było im się rozstać, kiedy Ann musiała wyruszyć za Znakiem Ateny. Całe szczęście - udało się jej odnaleźć posąg, który teraz Leo, Frank i Jason usiłowali załadować na pokład. Oczywiście, jej głównym zmartwieniem przez ostatni tydzień było to, czy zobaczy brata żywego. Sama sobie się dziwiła, że głowa jej nie pęknęła z rozpaczy. Już miała wejść na drabinkę, aby dostać się na statek, ale coś ją tknęło. Ze ścian komnaty, w której przebywali, posypał się tynk. Pęknęła posadzka.

 Sen się spełniał.

 Od kilku dni śniło jej się to samo. Wielka otchłań, dwa ciała spadające w nią, Nico stojący na krawędzi wyrwy. Zerwał się do skoku. Wizja się kończyła. Podzieliła się nią tylko z Frankiem. Sny herosów zawsze coś znaczą. Bała się, że tak będzie i tym razem. Przekazała swojemu chłopakowi instrukcje, jak dotrzeć do Wrót Śmierci.

"Zaufałeś mi, kiedy powierzyłeś mi drewienko. Teraz ja ci ufam i powierzam te informacje. W razie czego... Wiesz co robić" - powiedziała mu wtedy.

 Pamiętała, że w jego oczach dostrzegła łzy.

 Zawróciła do ziejącej w ziemi dziury, przed którą stali wcześniej Annabeth, Percy i Nico. Teraz został już tylko jej brat.

 - Ofiary. Cudowne ofiary, by przebudzić boginię - rozległ się głos Arachne.

 Pobiegła do chłopaka. Nico miał ubranie w strzępach, ale ta sama kurtka lotnicza, w której zobaczyła go po raz pierwszy, nadal zdobiła jego ramiona. Klęczał i krzyczał w głąb otchłani:

- Nie! Znajdę jakiś sposób!

- Nico, co się... - spojrzała w dół. - Percy! Annabeth!

 Dwa ciała.

 Spadające.

 Doskonale przewidziała, co powie teraz chłopak.

- Hazel, zaprowadź ich do Wrót Śmierci. Tylko ty wiesz gdzie to jest. I wiesz, co trzeba zrobić - mówił gorączkowo.

 Wiedziała aż za dobrze. Zgadzała się z tym, ale... Nie mogła zostawić go samego.

- Frank też wie o Epirze. Przepraszam, musiałam komuś powiedzieć - dodała szybko, widząc jego minę. - Poza tym miałam sen. Nieważne. Musimy im pomóc. Zanim dotrzemy do nich od drugiej strony, mogą być martwi, szczególnie, że Annabeth i tak już jest wycieńczona.

 Spojrzał jej głęboko w oczy. Czaił się w nich strach, jakby dziwił się: dlaczego to działo się tak szybko?

- Nie chcę stracić drugiej siostry - odpowiedział ponuro.

- Sam sobie nie poradzisz. Tartar pogłębia wszystkie złe emocje dziesięciokrotnie. Znam cię, braciszku - powiedziała z przekonaniem. - Nie wytrzymasz.

- Nie boję się. Wytrzymam. Hazel, nie mam czasu. Muszę... - wstał z kolan. - Muszę ich poprowadzić. Oni... Annab... - zająkał się. - Nie mogą zginąć, rozumiesz?

 Po raz kolejny wspomniał jej imię. Dziewczyna była niemal przekonana, że jej brat zakochał się w córce Ateny. Nie chciała niszczyć mu nadziei, ale ona nie była nim ani trochę zainteresowana. W ogóle, jak mogła zwrócić na to uwagę w takiej sytuacji?!

 Spojrzała ostatni raz na Argo II. Może ostatni raz zauważyła sylwetkę Zhanga krzątającego się po pokładzie. Pożegnała go w myślach i odwróciła się do brązowookiego.

 - Albo pozwolisz mi sobie pomóc, albo pierwsza tam skoczę - rzekła. - To jest straszne, że musimy podejmować decyzję w tak krótkim czasie, nie sądzisz?

 Nico spojrzał na nią z wdzięcznością. Chwycili się za ręce.

- Razem?

- Razem.

 Runęli w przepaść.

 Niewiadomo jak długo później otworzyła oczy. Zobaczyła migające wokół plamy cienia, jakieś spalone przedmioty. Obok niej, nadal głową w dół i z rękoma przy ciele niczym samobójca, leciał Nico. Oczy miał załzawione. Nie dało się stwierdzić, czy to skutek spadania z ogromną prędkością, czy faktycznie płakał. Przemówił cicho:

 - Nie myślałem, że skończę aż tak marnie. Wolałbym się wykończyć, wzywając armię trupów podczas walki. Tymczasem... - westchnął. - Tymczasem rzuciłem się za chłopakiem, który skoczył do Tartaru dla swojej dziewczyny - powiedział gorzko. - I jeszce pociągnąłem za sobą siostrę.

 - Nie zapominaj, po co tu jesteś. Nie umrzemy - odpowiedziała.

 Przypomniała sobie, kiedy ponad dwa miesiące temu widziała go modlącego się w kaplicy Plutona. Nie chciała go podsłuchiwać, sama przyszła poprosić ojca o szczęście dla brata. Nico modlił się, szepcząc po grecku. Hazel mało z tego zrozumiała, szczególnie, że płacz zniekształcał mu głos, ale wystarczająco dużo, żeby się przerazić.

"- Hadesie... Chciałbym tylko, abyś powiedział mi, czy nic szczęśliwego mnie już w życiu spotka? Mam dalej żyć? Czy to ma sens? Nie wolałbyś mnie w Podziemiu, obok twojego tronu? Nie czuję się potrzebny, tu, na górze. Jeśli jednak mam się na coś przydać... Zatrzymaj mnie, kiedy będę chciał to zrobić. Nic nie upokorzy mnie tak, jak tchórzowska śmierć. Każ mi wyruszyć na misję. Chcę kogoś ocalić. A potem... Mogę... Chcę umrzeć."

 To był straszny widok: jej jedyna rodzina. Jej brat. Płakał, klęcząc przed posągiem Plutona. Wyszeptał jeszcze tylko:

"-Σας ικετεύω, ο πατέρας."

 Modlił się o godną śmierć.

 A ona modliła się, aby Hades go nie słuchał.

 Potem widywała go codziennie przez niedomykające się drzwi kaplicy. I była pewna, że nadal prosił o to samo.

 Teraz miała bardzo dużo czasu, aby przemyśleć swoją decyzję. Skoczyła z bratem do Tartaru, pełnego potworów i wszechobecnej śmierci, aby ocalić przyjaciół. Dlaczego? Widziała, w jakim Nico był stanie, kiedy powrócił stamtąd sam. Wędrówka bardzo źle oddziałała mu na psychikę. Nie ujawniał tego przy innych, ale przez kilka nocy słyszała jego szloch, dobiegający z kabiny nr 8. Teraz, gdy ponownie miał znaleźć się w Tartarze, i to w tak krótkim odstępie czasu... Hazel była pewna, że się załamie. Nosił w sobie tyle bólu, który wieczna otchłań miała pogłębić kilkukrotnie. To tutaj tak długo szukał swojej rodzonej siostry -  Bianki. Nie znalazł jej. I jeszcze będzie zmuszony oglądać co chwilę Annabeth w objęciach Percy'ego... Czy byłby ktoś, kogo mógłby poprosić o zwykłe bycie przy nim czy rozmowę? Nie. Gdyby nie wytrzymał presji... Musiała tam być. Traktowała to jako swój najważniejszy obowiązek.

 - Nie jesteś na mnie zły? - zapytała.

- Nie, jestem ci wdzięczny - powiedział z wymuszonym uśmiechem. - Tylko teraz będę się martwił o trzy osoby, nie dwie.

***

 Ała.

 Dobra, mogło być gorzej. To tylko tyłek.

 Sądząc z wrzasku Annabeth, mogło być dużo gorzej.

 Nie było tu jakoś wyjątkowo pięknie. Tartar wyglądał jak dolina pełna wulkanów - wokół nich piętrzyły się góry i skały, a ze szczelin w ziemi ziała czerwona niczym lawa (albo krew) poświata.

 Nico wylądował kawałek od niej. Nic mu się nie stało. Percy też nie wyglądał na szczególnie obolałego, ale był w szoku. Za to Ann...

 - Nie pozwól jej zemdleć! - krzyknął Nico.

 Podbiegł do niej i szybko rozeznał się w sytuacji jak zawodowy lekarz.

- Dobra, wynosimy się stąd. Hazel... Pamiętasz, jak opowiadałem ci o zaginionej rzece Podziemia?

 Pomyślała chwilę. Tak, wiele czasu spędzali razem, kiedy opowiadał jej o Podziemiu. Kiedyś powiedział jej o jedynej rzece w Tartarze z czystą, normalną wodą.

 - Felicis? - upewniła się.

- Tak, właśnie ta. Zaprowadż nas do niej.

  On i Percy pomogli podnieść się Annabeth, a ona szła przodem, kierując się swoim wyczuciem na północny wschód... Chyba. Tutaj wszystko było inne. Czas, kierunek, wszystko odwrotnie.

 Słyszała za sobą pojękiwania przyjaciółki. Nico cały czas mówił do niej, żeby wytrzymała, że już niedaleko. Zaproponował jej, żeby nieść ją na plecach. Chętnie na to przystała. Na pytanie, gdzie jest Percy, odpowiedział:

- Percy jest kilka metrów za nami. Nie martw się o niego, on musi chyba... Trochę się... Rozejrzeć.

 W końcu ujrzała coś na kształt lasu wypalonych drzew z - co dziwne - ogromnymi, brązowymi liśćmi w koronach. Przed nim płynął potok. Według opowiadań syna Hadesa, woda była idealnie czysta i zdatna do picia, ale pełna jadowitych i gryzących ryb.

- Jest! - krzyknęła.

- Słyszysz, Annabeth? Zaraz dam ci wody.

 Ułożył ją na ziemi pod jednym z drzew kilkanaście metrów od brzegu. To jednak nie był potok - Felicis okazała się potężną rzeką. Percy nadal wyglądał jak oderwany z tego świata. Stał na brzegu, nic nie mówiąc.

- Hej - powiedział do niego Nico, nabierając wody do prowizorycznego dzbanka z liścia. - Wiem, że ci ciężko. Ale musisz się przyzwyczaić. Idź do niej. Ona potrzebuje wsparcia, Percy.

 Nareszcie się ocknął. Pokiwał głową i usiadł obok Ann.

 Dziewczyna wypiła wodę jednym łykiem i poprosiła o więcej. Hazel biegała od rzeki do przyjaciółki, podczas gdy syn Śmierci oglądał jej kostkę. Kiedy w końcu Annabeth w pełni odzyskała świadomość i choć trochę sił, zapytał:

- Czy jesteś gotowa, żeby ją nastawić?

- Potrafisz to zrobić? - zdziwiła się nieco.

- Will mnie nauczył. Na trzy.

"A więc w Obozie nie był taki samotny" - pomyślała.

 Złapał odpowiednio jej nogę i zaczął odliczać. Po chwili rozległo się ohydne trzaśnięcie i wrzask.

- Bogowie, to nie pomogło - krzyknęła, po czym skręciła się z bólu.

- Cholera - mruknął. - Solace, dlaczego nigdy cię nie ma, gdy jesteś potrzebny?

 Percy objął ją, jakby dopiero teraz zobaczył, że jest obecna. Jakby teraz dopiero zobaczył, gdzie są. I jakby dopiero teraz uświadomił sobie, co się z nią dzieje.

- Wytrzymaj, skarbie - mówił do niej. - Wytrzymaj. Proszę... Czy możesz jej jeszcze jakoś pomóc? - zwrócił się do bruneta.

 Di Angelo przagryzł wargę. Spojrzał na Hazel, która w lot pojęła, co chce zrobić.

- Nico... Nie rób tego. Nie uważasz, że to trochę za duże poświęcenie? - zapytała, próbując chwycić jego dłoń, którą natychmiast zabrał.

- Nie ma czegoś takiego, jak za duże poświęcenie - powiedział, patrząc na Percy'ego. - Jeśli potrafię pomóc, dlaczego mam tego nie robić?

 Przyłożył palce do jej nogi i wyrecytował:

 - Άδη, ο πατέρας του τον θάνατο και τη δυστυχία, μ 'ακούς έξω. Πάρτε τον πόνο αυτό το κορίτσι και να της δώσει σε μένα. Το θύμα θα πρέπει να γίνουν.

 Patrzyła przerażona, jak po zakończeniu zaklęcia odrzuciło go na parę metrów do tyłu. Podbiegła do niego natychmiast. Pogłaskała go po głowie, mówiąc:

- Nie musiałeś... Ja mogłam to zrobić.

- Nie dam cię skrzywdzić. Nawet jeśli sama tego chcesz.

  Usiadł i skrzywił się. Powiedział cicho, że musi trochę odpocząć i odszedł do lasu.

- Hazel... Co on zrobił? Już prawie wcale nie boli - zapytała Annabeth.

- Jest takie zaklęcie, które może być użyte tylko przez dziecko Hadesa albo Plutona. Kiedy się go użyje, ból z jednej osoby przechodzi na drugą, ale nigdy nie wiadomo, gdzie się umiejscowi. Nico... - westchnęła. - Nico właśnie jakby przejął ból z twojego ciała na siebie.

******
Percy
******

 Nadal nie mógł uwierzyć w to, gdzie są. Nie mógł uwierzyć, że nie sprawdził, czy Ann jest stuprocentowo bezpieczna. Nie mógł uwierzyć, że się poddał. Nie mógł uwierzyć w to, że rodzeństwo Levesque i di Angelo rzuciło się za nimi. Nadal żył jeszcze wydarzeniami sprzed... Nawet nie wiadomo dokładnie ile czasu minęło, odkąd puścił krawędź zbocza. Czuł, że tam coś zostawił. Całe jego życie zostało na skalnej półce. Ale musiał skupić się teraz na przeżyciu i na tym, żeby pomóc Annabeth.

 Och, kochał ją nad życie. Zrobiłby wszystko, aby to ona wyszła z tego cało. Była idealna, przynajmniej dla niego. Uzupełniali się i nie wyobrażał sobie, żeby mógł być z kimś innym. Pragnął spędzić z nią resztę życia. Mieli wielkie plany. Jeszcze tak niedawno śnił o wielkim, greckim weselu... Teraz marzył tylko o tym, żeby była żywa przy jego boku, kiedy się obudzi.

 Tymczasem nie mógł wyrwać się z sennego otępienia. Czy to odziaływanie Podziemia? Być może. Nieco się rozbudził, kiedy usłyszał krzyk ukochanej. Postanowił oddalić od siebie ten zamknięty świat własnych wspomnień i pomóc jej. Tylko, że nie umiał.

 Sam potrafił tylko opatrzyć krwawiący palec, nic poza tym. Gorzko pożałował, że kiedy mama próbowała go nauczyć sztuk pierwszej pomocy, uciekał do pokoju.

 Mama. Kiedy ostatnio rozmawiali? Zostawił jej tylko wiadomość, że u niego wszystko w porządku i żyje. Czy ta wiadomość jutro nadal będzie aktualna? Nigdy nie widział, żeby płakała, ale doskonale potrafił wyobrazić sobie jej rozpacz. Czy byłby ktoś, kto mógłby ją chociaż zawiadomić o jego śmierci?

 Z zamyślenia wyrwał go kolejny jęk Ann. W końcu był w pełni świadomy, co się wokół niego dzieje: Nico nastawił jej kostkę, ale nic to nie pomogło. To, co działo się później, dziwnym sposobem zrozumiał, choć pojęcia nie miał o magii.

 Nie mógł wydusić z siebie słowa, kiedy Hazel wyjaśniała Annabeth, co zaszło. Czy on zdobyłby się na takie poświęcenie? Powinien chociaż podziękować Królowi Upiorów, choć co to zwykłe podziękowanie w obliczu tego, co zrobił?

 - Annabeth, pójdę mu coś powiedzieć, dobrze?

- Może lepiej nie - zaprotestowała Levesque. - On teraz chciałby pobyć trochę sam.

- Bogowie, szkoda, że nie zdążyłam mu podziękować za to wszystko - odezwała się córka Ateny.

 Hazel nie odpowiedziała.

 Nico był ciekawym człowiekiem. Percy lubił go, ale zawsze w jego obecności czuł wyrzuty sumienia. Mimo, że syn Hadesa zapewniał, że nie obwinia go za śmierć Bianki... Nie za bardzo mu wierzył. To skryty chłopak, ale szczery i szlachetny. Kiedy urządzili sobie ucztę na Argo II został w pokoju, wymawiając się bólem głowy, ale syn Posejdona sądził, że nie chce psuć atmosfery swoją mroczną aurą. W czasie bitwy pod Empire State Bulding bardzo pomógł, wzywając armię trupów, ale mało kto o tym pamiętał. Powinien na zawsze zapaść w pamięć półbogów z Obozu Herosów! Tymczasem chyba tylko on sam, Percy, Anabeth, Will, Clarisse i Chejron o tym pamiętali. To niesprawiedliwe. Zasłużył na coś więcej, niż dwa dni sławy.

 Percy szczerze mu wspólczuł, bo nie spotkał nigdy człowieka po tylu przejściach, który nadal pozostaje honorowy. On miał już tylko swoją przyrodnią siostrę. Podróżował między dwoma obozami, ale chyba w żadnym nie czuł się dobrze. Może nie jest świadomy, ilu ma przyjaciół? Odsuwa się od nich, dopuszczając czasami do swojego świata tylko siostrę. Czy można go określić mianem użalającego się nad sobą dzieciaka? Może i się użala, ale nie publicznie. I może nawet dla innych zachowuje się jak dzieciak, ale czy to nie oni są dzieciakami? Nie, dla Percy'ego nigdy nie będzie "inny", nie będzie "wyrzutkiem" ani "bachorem". On nie potrzebuje litości i nie zasługuje na wyzwiska. Nikt nie rodzi się zły, może tylko stać się złym. I mimo całego cierpienia, jakiego ten chłopak doznał w swoim życiu, pozostał po dobrej stronie.

"Każdy geniusz może popełnić błąd, każda kobieta może zabić, każdy heros może się załamać, każdy mężczyzna może zapłakać" - powiedziała mu kiedyś Annabeth. To były jedne z jej najmądrzejszych słów, nawet, jeśli jest córką Ateny i stale wygłasza swoje mądrości. Ale to... To dało mu do myślenia.

 Wypowiedziała te słowa kiedyś po kolacji w Obozie. Siedział wtedy nad jeziorem, przyglądając się odbiciu księżyca w zwierciadle wody. Nie pamiętał już, dlaczego wtedy był przybity. Pamiętał tylko jej szare oczy i malinowe usta, które pocałował z wdzięcznością.

 Spojrzał na nią. Zasnęła z głową opartą o jego ramię. Miała brudną twarz, podziurawione ubranie i potargane włosy, w których nadal tkwiły srebrne nitki pajęczyn. Pomyślał, że nigdy nie wyglądała tak pięknie.

 Hazel również spała na piasku, kilka metrów od nich. Nico nadal był sam w lesie. Wszystko ucichło, tylko woda w Felicis ciągle szumiała. Zrobił się tak dziwnie senny...

 Zdawało się, że minęło tylko kilka minut, kiedy obudził go plusk wody i stłumiony krzyk. Annabeth nie było przy jego boku.

 Zerwał się na równe nogi i rozejrzał się. W rzece coś się szamotało. Podbiegł bliżej, wołając wszystkich po imieniu. Pojawiła się tylko córka Plutona. Błysnęło coś czarnego. Po chwili w wodzie rozlała się... Krew.

 Percy mimo tego, że był synem Posejdona nie chciał tam wskoczyć. Tylko raz bał się wody: po tym, jak wciągnęło go bagno zwane muskeg. Prawie się udusił. Teraz to wspomnienie wróciło i sparaliżowało go. Mógł tylko stać i patrzeć w toń. Byli pod wodą zdecydowanie zbyt długo, jak na kogoś, kto nie potrafi pod nią oddychać.

 Nagle z rzeki wystrzeliło ciało Annabeth. Była nieprzytomna. Miała tylko maleńką bliznę na szyi, ale - dzięki bogom! - nic jej się nie stało. Obok niej pojawił się Nico. Na czole miał dużą, dosyć głęboką ranę. Przyciągnął dziewczynę do siebie i wiosłując ręką dobił do brzegu.

 Wreszcie dotarło do niego, że zachował się jak idiota. Dlaczego nagle wystraszył się uduszenia?! Przecież tam była Ann! A co gdyby Nico jej nie pomógł? Gdyby nadal spał w lesie? Wtedy mogłaby zginąć przez tchórzostwo swojego chłopaka!

 Wściekły na siebie i z mocnym postanowieniem podziękowania synowi Hadesa, wyciągnął oboje z Felicis. Annabeth rozkaszlała się, a Nico zamarł na moment, łapiąc się za lewą pierś.

- Nico! - wykrzyknęła Hazel, obejmując go mocno. - Co tam się stało?

 Chłopak syknął z bólu. Po chwili opowiedział, co zaszło.

 Tak naprawdę nie spał, tylko pełnił nocną wartę, choć wiedział, że nie jest zbyt potrzebna. Nie mógł zasnąć, ot co. Nagle zobaczył Ann. Próbowała napić się wody, ale coś złapało ją za rękę i wciągnęło pod wodę. Niewiele myśląc, rzucił się za nią. Felicis wbrew pozorom jest bardzo głęboka. Ten stwór, który wciągnął ją do rzeki, nie chciał puścić i Nico musiał stoczyć podwodną bitwę: macki, haczyki, szpony i trucizna przeciw mieczowi. Popchnął nieprzytomną do góry, a sam próbował wyswobodzić się z macek potwora. Gdy już stracił nadzieję i ostatkiem sił dźgał  na oślep, trafił go w oko. Jakimś cudownym sposobem wyłonił się z głębiny i "tak oto tu jesteśmy", jak zakończył opowieść.

 Percy podejrzewał, że wydarzenia sprzed kilku minut były dużo bardziej dramatyczne, niż opisał je Nico. Nie lubił się chwalić. Teraz sprzeczał się z siostrą:

- Nic mi się nie stało. Nie jestem ranny, Hazel.

- Jesteś, już widzę. Zdejmij z siebie tą cholerną kurtkę, chcę cię obejrzeć!

- Nic mi nie jest. Przestań panikować! - wykrzyknął, kiedy Hazel spróbowała mu siłą zdjąć ubranie. Udało jej się. - Widzisz? To tylko drobne rysy na rękach.

- Koszulka.

- Nie.

- Nico, proszę.

 To na niego podziałało. Nikomu, kto prosił, nigdy nie odmówił. Nieco zarumieniony, ściągnął kolejny element garderoby.

 - Na wszystkich bogów, Nico!

 Przez cały jego tors, od lewej piersi do pępka, przebiegała czerwona linia. Nie tak głęboka, jak blizna na czole, ale wyglądała poważnie.

- Chciałeś to przede mną ukryć?!

- Nie chciałem cię matwić.

 Rzymianka pocałowała go w policzek.

- Ty głupcze. - Miała łzy w oczach. - Nie waż ruszyć się z miejsca.

 Podbiegła do drzew, szukając czegoś wśród korzeni. Półnagi Nico położył się na plecach, ciągle łapiąc się za serce.

 Annabeth zapytała Hazel, czy jej nie pomóc. Była już w całkiem niezłym stanie, ale nadal potrzebowała odpoczynku. Mokra od stóp do głów patrzyła na rodzeństwo, wtulając się w Percy'ego.

- Chciałam tylko napić się wody - powiedziała. - Gdyby nie on... Byłabym martwa.

 Tymczasem córka Plutona objawiła swoje zdolności lekarskie. Przemyła rany swojego brata i wysmarowała je szarawą mazią zrobioną z kory drzew i wody, mimo jego protestów. Pewnie dość dobrze znała się na roślinności Hadesu.

- Czarownica - mruknął Nico.

- Kumpel Śmierci - odburknęła. - Za karę siedzisz tu, dopóki ci nie powiem, że możesz się ubrać. To musi zadziałać.
R
- Świetnie - westchnął. - Hazel, po co ta cała szopka? Wytrzymałbym i bez tej mazi.

- Doprawdy? A może powiesz mi, dlaczego wciąż łapiesz się za serce?

 Nie odpowiedział.

 Zapytała go o coś bardzo cicho, ale Percy to usłyszał:

- Tam umiejscowił się ból?

 Spojrzał jej głęboko w oczy. Nie musiał nic mówić.

 Spróbowała chwycić go za rękę, ale on tak jak i wcześniej zabrał ją. W jego spojrzeniu było coś nowego, jakby... Gniew. Czyżby wiedział, że Percy usłyszał pytanie?

- Zostawcie mnie samego.

 Wszyscy bez słowa wypełnili jego prośbę.

 Nadal zastanawiało go to, co dostrzegł w oczach chłopaka. Był zły, bo...? Hazel starała się mu pomóc? Był zły na Ann, że dała się wciągnąć do wody? Czy może najsensowniejszy powód - był zły na niego, że mimo swoich umiejętności zostawił go pod wodą, sam na sam z potworem? Od dawna zbierały się powody, dla których trzeba podziękować synowi Śmierci, a teraz dołączają się powody, aby go przeprosić. Postanowił, że jak tylko trochę wydobrzeje, porozmawia z nim.

 Usiedli całą trójką w kręgu, najwyraźniej zgodni co do tego, że trzeba pogadać. Pierwsza odezwała się Chase, jak zwykle myśląca logicznie i żądna liczb:

- Jakie mamy szanse na wydostanie się stąd?

- Jakieś dziewięćdziesiąt procent - odparła Hazel. - Tak naprawdę jedynym niepewnym punktem są potwory.

- I stan zdrowia twojego brata - wyrwało mu się.

- Ej, nie jest tak źle. Przecież Pani Uzdrowicielka ujawniła swe tajne moce. - Ann uśmiechnęła się.

- No tak, ale Percy'emu chyba nie chodziło o fizyczny stan zdrowia, prawda? - zapytała dziewczyna.

 Pokręcił głową.

- To pod tym względem jest bardzo źle.

 Świetnie. Wspaniale. Wprost doskonale. A najgorsze jest to, że odczuwał coraz większe wyrzuty sumienia.

- Ale dlaczego Tartar działa tylko na niego? Przecież chyba wszyscy oprócz Nico czujemy się całkiem dobrze - zauważyła blondynka.

- No nie wiem, kochanie - odezwał się w końcu. - Przez jakiś czas czułem się gorzej od niego. Wtedy, kiedy zostałem w tyle... - wziął głęboki oddech. - Czułem się, jakby otoczyły mnie takie... Ściany. Ściany z najgorszych wspomnień. A kiedy prawie się utopiłaś...

- Ale się nie utopiłam - wtrąciła.

- Wtedy - mówił dalej - przypomniałem sobie, jak ja byłem bliski uduszenia. Wciągnęło mnie to okropne bagno...

- Muskeg - podpowiedziała Rzymianka.

- Tak, muskeg. Ann, ja potem bałem się pływać. Oczywiście to minęło. Ale jeszcze przed chwilą... To powróciło.

- I tak oto w skrócie działa Tartar - podsumowała Hazel.

- Percy... Nie wiedziałam.

 Wpatrywała się w niego swoimi przejrzystymi oczyma, a on czuł się, jakby skanowała jego duszę. Wstydził się jak nigdy. Wiedział, że można mieć dużo dziwniejsze lęki i bardziej wstydliwe wspomnienia, ale... Syn Posejdona boi się pływać. Żałosne.

- Dobrze, ale nie o tym chyba chcieliśmy pogadać - powiedział. - Musimy pomóc Nico.

- Nikomu nie jest tak trudno pomóc, jak mojemu braciszkowi - westchnęła Hazel.

- Ym... Wróćmy jeszcze na moment do działania Podziemia na człowieka - zaproponowała Annabeth. - Jesteście dziećmi Hadesa, prawda? Podziemie powinno was wzmacniać. Więc...

- Tak, ja czuję się wyśmienicie - zaczęła. - Ale dlaczego Nico wręcz przeciwnie, o to chcesz zapytać? No więc posłuchajcie. Nie minął tydzień, odkąd Nico był ostatni raz w Tartarze. Już za pierwszym razem... - uniosła oczy ku górze, jakby usiłując sobie coś przypomnieć. Sprawiała wrażenie, że zaraz się rozpłacze. - On był tak załamany, jak jeszcze nigdy. Starał się to przed nami ukryć, zresztą jak zawsze. Ale wtedy... On nigdy o nic mnie nie prosił. Tamtego dnia to ja musiałam być starszą siostrą. Poprosił mnie...

- Hazel, poczekaj - Ann chwyciła jej dłoń, żeby dodać jej otuchy. - Jeśli masz nam wyjawić jakiś jego sekret, to nie rób tego.

- To nie jest żaden sekret. Tylko jak o tym pomyślę, to... Po prostu to nie było w jego stylu. Przyszedł do mojej kajuty i poprosił, żebym została, dopóki nie zaśnie. Jak małe dziecko. Był taki smutny... Załamany... Nawet płakał przez sen. Teraz, kiedy minęło tak mało czasu, a on znów tu jest... Boję się, że będzie jeszcze gorzej. Narazie chyba nie jest aż tak tragicznie, ale za kilka dni... Wybaczcie mu, jeśli będzie, hm, niedyspozycyjny.

 Percy nienawidził, kiedy ktoś mu bliski płakał przy nim. Nigdy nie miał talentu do pocieszania. Panna Levesque wyglądała upiornie, kiedy na jej twarz padały cienie drzew rosnących nieopodal. Była ładną, mądrą dziewczyną. Co prawda nie w jego typie, ale Frankowi się poszczęściło.

- Dobrze, nie ma sprawy - powiedział. - Ale chcemy mu przecież pomóc. Jak to zrobić?

- Nie chce z nikim rozmawiać, to źle - odpowiedziała. - Ale zmuszać go do tego będzie jeszcze gorzej. Z drugiej strony, może lepiej go zmusić, niż...

- Hej, uspokój się. - Annabeth objęła przyjaciółkę ramieniem.- To tak nie działa, przecież wiesz.

- Znajdzie się ktoś głodny?

 Z ogromnymi rybami w obu rękach, nadal bez górnej części stroju, szedł ku nim Nico.

 W ciągu tych lat jego sylwetka uległa poważnym zmianom. Gdyby był normalnym nastolatkiem, niebiorącym udziału w bitwach na miecze czy nietrenującym wspinaczki, sztuk walki, pływania... Chociaż nie, on tego nie trenował. On po prostu był zmuszony to umieć, żeby przeżyć. Na rękach było widać już dosyć wyraźny zarys mięśni, podobnie jak na całym torsie. Był zadbanym chłopakiem, może z wyjątkiem włosów. Dlaczego jeszcze nie miał dziewczyny?

 - Stary, jeśli mógłbyś pomóc mi z ogniem... - powiedział, stając przed nim. Spojrzał na swoją siostrę. - Hazel?

- Możesz już się ubrać - wydusiła, ocierając ukradkiem łzę.

- Chodź, powiesz mi, o co chodzi.

 Gdy się oddalili, Percy uzbierał trochę suchych gałęzi i z drobną pomocą Ann rozpalił ogień, obserwując rodzeństwo. Hazel mówiła do swego brata, a on tylko patrzył na swoje stopy. Na koniec uniósł głowę i powiedział jej kilka słów. Nic z tej rozmowy nie usłyszał, ale podejrzewał, że dziewczyna wyjawiła mu wszystkie swoje wątpliwości. Co odpowiedział jej Nico - nie miał pojęcia.

 Okazało się, że z podziemnych potworów rzecznych można zrobić wspaniały posiłek. Wspaniały był oczywiście dla nich, bo ryby były prawie bez smaku. Ale to zawsze jest jedzenie. W Tartarze. To cud.

 Podczas obiadu panowała drętwa atmosfera. Percy wkońcu zebrał się na odwagę zapytał Nico:

- Czy możemy porozmawiać?

******
Nico
******

 "Czy możemy porozmawiać".

 Już przed kilkoma minutami rozmawiał, a raczej słuchał monologu siostry. Dostał przez to cholernych wyrzutów sumienia. Strasznie nie lubił, kiedy ktoś się o niego martwił.

 A teraz Percy. Nico poczuł ulgę, że ma na sobie koszulkę.

 Weszli do lasu, idąc przez chwilę w milczeniu. Wcisnął dłonie w kieszenie spodni. Dawno nie czuł się tak zły. Na siebie, oczywiście.

 Przysięgnął, że nie da jej skrzywdzić nikomu. To jego jedyna siostra. Jedyna rodzina, jedyna osoba, jakiej w pełni ufa. Teraz ma się martwić o niego? Nie mógł sobie wybaczyć, że dał do zrozumienia, że cierpi.

 A ból był nie do zniesienia, nawet po lekarstwie. Usiłował nie dać tego po sobie poznać. Nie udało się. Ta mała, kochana czarownica zauważy wszystko. Z ranami było całkiem nieźle. Najgorsze były bóle w sercu. Jakby jakaś niewidzialna siła zrobiła sobie z niego tarczę do lotek, potem wyrywała ją ze ściany, rozszarpywała na strzępy, po czym przypinała ponownie do ściany i jakby nigdy nic, zaczynała rytuał od nowa. Właśnie trwała faza rzucania lotkami.

 I ten ból nie ograniczał się do fizycznego. Przywoływał też wspomnienia. Szczególnie często widział słodką, piegowatą twarzy Bianki w popołudniowym słońcu Wenecji.

 Zauważył, że Percy wpatruje się w niego oczekująco. Zapytał więc:

- Co mówiłeś? Przepraszam, zamyśliłem się trochę.

Syn morza westchnął.

- Często się ostatnio zamyślasz, co?

- Może. - Nico wyjął ręce z kieszeni. Matka zawsze uczyła go kulturalnego zachowania w trakcie rozmowy. - O co chodzi?

- Chciałbym ci podziękować - uśmiechnął się.

- Za co niby?

- Za to wszystko co zrobiłeś dla Annabeth. No, w końcu rzuciłeś się za nią do...

- Nie zrobiłem nic dla niej, Jackson.

 Mimowolnie zacisnął pięści. Dlaczego ten idiota niczego się nie domyśla? Poza tym nadchodziła nowa fala bólu, ale spróbował skoncentrować się na rozmowie.

- Przeniosłem ją przez kawał Tartaru na plecach, racja - mówił. - Użyłem tego cholernego zaklęcia, żeby jej pomóc...

- I uratowałeś ją, kiedy ja stałem jak kretyn nad brzegiem rzeki, patrząc, jak walczysz - przerwał mu. -Musisz mnie nieźle nienawidzić. Moim zdaniem powinieneś, w końcu przeze mnie...

- Myślałem, że sprawę z Bianką już sobie wyjaśniliśmy. - Ból stawał się coraz bardziej uciążliwy, a rozmówca irytujący. -  W ogóle, jak możesz sądzić, że osoba, która jest gotowa poświęcić życie dla ciebie, nienawidzi cię?

 Czuł się, jakby klatkę piersiową rozszarpywał mu sęp. Odruchowo powędrował ręką do lewej piersi. Miał nadzieję, że uda mu się ukryć ten okropny sekret. Ale była to nikła nadzieja. Wszystkie duchy, nawet sam Tartar jako osoba boska - wręcz słyszał ich przytłumione śmiechy. To oni kierowały marzeniami sennymi tak, żeby pokazywały najgorsze wspomnienia, i to oni wpływali na jego wolę. Usiłował z nimi walczyć, ale to jak walka z halucynacjami, schizofrenicznymi głosami. Kazały mu się załamać.

- Bo widzisz, to wszystko zrobiłem dla ciebie. Nie mógłbym patrzeć, jak cierpisz, widząc jej ból.

- Ale... Myślałem, że ją...

- Nic mnie nie łączy z Annabeth! - wykrzyknął. - Tylko nie chciałem, żebyś ty się zamartwiał! Rozumiesz?!

 Był wściekły na wszystko. Na swoje serce, że musi tak boleć akurat teraz. Na to, że musi tu być sam na sam z Percy'm. Na niego trochę też, że nigdy niczego się nie domyślił. Na samego siebie, że zaczął się wykłócać. Na upiornie złośliwe dusze, szepczące mu, aby się poddał. I na to, że nie potrafił powstrzymać łez przez to cholerne kłucie w piersi.

- Ale dlaczego to robisz? - zapytał Percy, patrząc mu w oczy. Był śmiertelnie poważny. - Ej, Nico, wszystko w porządku?

- Oczywiście - otarł łzę i ze wszelkich sił próbował nie upaść. - W jak najlepszym.

- Więc? - zapytał ponownie. - Dlaczego?

 "Kiedy w balonie jest za dużo powietrza - powiedział mu kiedyś Hades - ten balon pęka. W powietrzu jest wiele ludzkich sekretów. Jeśli i ty skrywasz ich za dużo, również wkrótce pękniesz."

 Teraz marzył tylko o tym, żeby odejść głębiej w las i samemu przetrwać ten atak. Zaś od lat marzył o tym, żeby wypowiedzieć te słowa, które wypłynęły z jego ust:

- Dlatego, że cię kocham, Percy.

 Dłużej już nie mógł się powstrzymać. Pobiegł między drzewami, zostawiając chłopaka za sobą. Chciałby zostawić też ból, lecz on towarzyszył mu, podczas gdy zmęczony przysiadał na trawie, gdy próbował przetrwać atak, gdy bezsilnie opadał na ziemię.

 Zobaczył jak przez mgłę swoją matkę, uśmiechającą się porozumiewawczo do Bianki. Zobaczył piękne kamienice i sklepiki Wenecji, popołudniowy spokój nad Canale Grande. Zobaczył mantikorę na ośnieżonym klifie, patrzącą prosto na niego i Biankę, która otaczała go ramieniem. A potem ujrzał najgorszy moment swojego życia: jej śmierć. Zacisnął mocniej powieki, spod których wyciekło jeszcze więcej łez. Złapał się za głowę. Chciał, żeby ten potok wspomnień już przestał płynąć. Pragnął za wszelką cenę go zatrzymać, tak jak za wszelką cenę chciał ocalić siostrę i przyjaciół.

- Proszę, wystarczy już. Zostawcie mnie! - wrzasnął, wbijając paznokcie w skórę głowy.

 Ujrzał mglistą postać, szarawą zjawę o twarzy jego przyrodniej siostry, błąkającą się po Podziemiu. I kiedy otwierała usta, żeby coś powiedzieć, jej obraz zastąpiła scena z jednego z dni pobytu na Argo II. Wszyscy byli zadowoleni, nawet Leo, który jako jedyny nie miał swojej drugiej połówki na statku, cieszył się żeglugą. Właśnie takie momenty sprawiały, że czuł się niepotrzebny i strasznie samotny.

 Zobaczył dzień, w którym Will uczył go pierwszej pomocy, w tym nastawiania skręconych kończyn. Potem jeden z niewielu poranków, kiedy przebywał w Obozie Herosów. Solace przysiadł się do jego stolika i żartowali jak starzy przyjaciele. Jeszcze kiedy indziej wybrali się na spacer. Przystanęli nad jeziorem i po prostu na siebie patrzyli. I po raz pierwszy pomyślał, że to, co powiedział Percy'emu, było nieprawdą.

 Następnie w jego mózgu zapanowała ciemność. Przyjemna pustka. I kiedy myślał, że to już koniec, poczuł rozdzierający ból w klatce piersiowej. Zobaczył siebie, idącego po raz pierwszy przez Tartar, w rozdartej koszuli, z brudną, wymizerowaną twarzą. Ciągle czujnie unosił miecz. Nagle brzuch przeszył mu złoty oszczep.

- Nie! - krzyknął. - To nie jest moje wspomnienie!

 Umysł wypełnił mu teraz obraz śmiejących się Percy'ego i Annabeth. Pocałowali się przeciągle.

- Odejdźcie - wydusił zachrypniętym głosem. - Błagam.

 Tak bardzo chciał pójść teraz do innych, podzielić się tym, co widział; chciał pocieszenia, po prostu pomocy. Ale jednocześnie okropnie wstydził się o nią poprosić. Tak rzadko prosił. Łzy nie chciały przestać płynąć.

 W końcu podniósł się powoli. Przegrał z samym sobą. Nie potrafił się pozbierać. Potrzebował pomocy, ale nie mógł sobie tego wybaczyć. Szedł na trzęsących się nogach, ze spuszczoną głową w kierunku skraju lasu. Przed oczami nadal miał śmierć Bianki. Ten jeden krótki moment, najstraszliwsza chwila, jaką przeżył i najdoskonalej zapamiętał.

 Dotarł do ostatnich drzew dzielących go od rozległej plaży i Felicis. Hazel leżała, patrząc w górę. Pewnie się o niego martwiła. Po raz kolejny poczuł wstyd, że zaraz zasmuci ją jeszcze bardziej.

- Cześć, siostrzyczko - powiedział przez ściśnięte gardło. - Mogę zostać na trochę?

- Nico? - Usiadła natychmiast, jakby czekała na niego, ale na moment zwątpiła i się położyła. - Nico...

 Zauważyła mokre ślady na jego twarzy. Usiadł obok niej, a ona, jak dobra matka, przytuliła go do serca, nie pytając o nic. Rozszlochał się na dobre.

- Miałaś rację - łkał, wtulając twarz w miękki materiał jej swetra, pachnący jeszcze korzennymi przyprawami. - Nie dam rady. Nie wytrzymam. Boję się, Hazel.

 Płakał jej w ramię, co przyniosło mu odrobinę ulgi. Podniósł na moment wzrok.

 Percy i Annabeth, leżący kilka metrów dalej, wszystko obserwowali. Widzieli jego mokrą od łez twarz. Słyszeli jego szloch.

 Schował głowę w objęcia Hazel. Czuł, że oblewa się piękącym, wstydliwym rumieńcem. Oni wszystko widzieli! Zaszlochał ponownie.

- Uda nam się - oświadczyła. - Jestem tu, Nico. Jestem, braciszku.

  Nie chciał niczego więcej, niż jej obecności. Była taka dobra. Po prostu była. Z jego ust popłynęły kolejne słowa:

- Nie chcę już... Niech one mnie zostawią...

- Kto? - zapytała.

- Duchy.

 Usłyszał ciche, powolne i jakby niepewne kroki. Jak kroki ojca, który chce sprawdzić, czy u jego dziecka wszystko w porządku. Poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Zmarszczył brwi.

 - Nico... - zaczął Percy.

- Percy, to nie jest dobry moment - powiedziała stanowczo Hazel.

- Ja tylko chciałbym... - westchnął cicho. - Przepraszam, jeśli to ma związek ze mną.

 Nico zacisnął pięści. Poczuł, że dłoń chłopaka ześlizguje się powoli z jego ramienia. Nagle wstał.

- Nie waż się przepraszać za coś, co nie jest twoją winą! - wykrzyknął.

 Percy stał na przeciwko niego nieco przestraszony jego nagłym wybuchem. Ale chciał go wysłuchać.

- "Przepraszam" to zbyt ważne słowo, żeby używać go bez powodu - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Wiem, że nadal myślisz, że spowodowałeś śmierć Bianki. To nieprawda. - Oczy znów zrobiły się wilgotne na wspomnienie siostry. - To wszystko, co musiałem przeżyć... To wydarzyło się w moim życiu. Więc to ja jestem przyczyną. To moja wina. I naprawdę, nienawidzę siebie za to, co do ciebie czułem. - Po policzkach popłynęły kryształowe łzy. - Ale to jest tylko i wyłącznie moja sprawa, że ja... się w tobie...

 Nie potrafił dokończyć. Już chciał pobiec gdzieś, po prostu przed siebie albo w las, kiedy Percy złapał go za rękę.

- Jesteś najodważniejszym herosem, jakiego w życiu spotkałem.

 I przyciągnął go do siebie pozwalając, żeby Nico wtulił się w jego bluzę i płakał.

 A potem, no cóż, niewiele pamiętał. Zasnął. Nie nękały go wizje.

 Obudził się obok siotry. Usnęła z głową na jego piersi.. Percy i Ann ułożyli się do snu tuż obok niej. Spali spokojnie wszyscy troje. Nico poczuł radość, że choć przez te kilka godzin byli bezpieczni.

 Coś jednak mu nie pasowało. Skupił się. Nie zobaczył nic niezwykłego, ale wyczuł wibracje w ziemi, jakby zbliżała się potężna armia wojowników.

 Rozejrzał się. Oprócz drzew za ich plecami, dwóch gór piętrzących się po obu stronach obozowiska, pokrytych krwawymi bliznami lawy i lśniącej wstęgi Felicis nie było wiele do oglądania. Nagle usłyszał szmer, ale nie taki jak przyjemny szelest wody spływającej po kamieniach. To był szmer dziesiątek głosów, jak pobożny śpiew tysiąca rosłych mężczyzn albo długi, przerażający okrzyk wojenny. Zrozumiał, co się ma stać. I wiedział, że będzie musiał załatwić to sam.

- Hazel - wyszeptał, potrząsając lekko jej ramieniem. - Hazel?

- O co chodzi? - zapytała zaspanym głosem.

- Hazel, słuchaj mnie uważnie - mówił gorączkowo. - Nie ruszajcie się stąd. Tylko tu moja zasłona będzie działać. Nie próbujcie mi pomóc.

 Zmarszyła brwi.

- O czym ty mówisz?

- Przykro mi, że będziecie musieli na to patrzeć. - Zauważył cień między górami, przesuwający się powoli w ich stronę. - Ale nie mam wyboru. Po prostu musisz tu zostać i dopilnować, żeby oni też się tu byli. Nie próbuj przekroczyć bariery.

- Nico, co ty znowu... - przerwała na moment. Również zauważyła cień na zachodzie. - Nie. Nie zrobisz tego.

- Kocham cię, Hazel.

 Podniósł się z kolan i jednym machnięciem ręki przywołał zasłonę z dymu i cienia, otaczającą cały skraj lasu. Nikt ich nie zobaczy, ale oni będą widzieli wszystko.

 Wyszedł na spotkanie przeciwnikowi. Nie spodziewał się aż takiej potęgi.

 W pierwszych szeregach szły kościotrupy, za nimi harpie o szkaradnych twarzach i brudnoszarych piórach. Nieco dalej wlekli się trzymetrowi cyklopi oraz setka innych stworzeń, których nie potrafił nazwać. Nie bał się ich. Jednak przeszedł go dreszcz, gdy zobaczył, kto dowodzi tym legionem.

- Witaj, Księciu Ciemności!

 Na czele szedł - a raczej unosił się - nadnaturalnie wysoki duch, mieniący się fioletowo-srebrną poświatą. Nad głowami cyklopów zamigotały sylwetki innych zjaw. Zachichotały.

- Miło było się tobą bawić - powiedział.

 Nico poznał ten głos. To on najczęściej przemawiał w jego głowie. To on przypominał mu chwile spędzone z Bianką. To ten głos śmiał się najgłośniej, gdy rozmawiał z Percy'm.

 Zmarszczył brwi. Jego oddech zamienił się w parę. Ziemię wokół stóp pokrył szron. Zrobiło się przeraźliwie zimno. I cicho.

- Jak śmiałeś... - zaczął.

- Jak śmiałem wedrzeć ci się do umysłu i bawić się twoimi uczuciami? - zaśmiał się. - I co dalej? Naskarżysz tatusiowi?

- Nie potrzebuję ojca, żeby cię pokonać.

 Poczuł mrowienie w palcach. Chętnie zacisnąłby je na gardle zjawy. Spostrzegł, że około siedem czy osiem metrów nad nim wznosiło się coś w rodzaju lodowego dachu, który sam nieświadomie wyczarował.

- Czego chcesz? - zapytał, wyjmując miecz z pochwy.

- Czego chcę? Żywię się bólem i tajemnicami. - Uśmiechnął się upiornie. - Chcę zabrać ci wszystko co masz.

- Nie możesz mi nic zabrać, bo nic nie mam - odpowiedział syn Hadesa. - Ale jeśli chcesz sekretów i cierpienia... - wziął głęboki, powolny oddech, jakby zaraz miał zanurkować. - To je sobie weź.

 I wrzasnął nagłośniej, jak potrafił. Jego gniew eksplodował. Ziemia wybuchła.

 Pod zamkniętymi powiekami przewijały się wszystkie chwile, które widział już wczoraj - od Bianki nad Canale Grande po pocałunek Percy'ego i Annabeth oraz spacer z Willem. Był świadom, że mimo zasłony przyjaciele wszystko to widzą.

 Kościści wojownicy z pierwszych szeregów rozpadli się w pył. Cyklopi łapali się za głowy, duchy latały wte i spowrotem jak opętane.

 Gdy skończyło mu się powietrze w płucach otworzył oczy i odetchnął. Miał za plecami armię szkieletów, a przed sobą oszołomionego wroga. Uśmiechnął się mściwie. Uniósł miecz nad głowę.

- Nie! - krzyknął chrapliwie duch.

 Wbił ostrze w ziemię, a symbol Hadesa na rękojeści zalśnił srebrzyście. Szkielety ruszyły do ataku. Co chwilę pojawiało się więcej i więcej potworów, piekielnych ogarów, harpii, duchów - wszystkie po jego stronie. Zyskały przewagę liczebną, bo harpie i niektóre kościotrupy z przeciwnej armii... uciekły. Legion Nico radził sobie doskonale, zmieniając wrogów w złoty pył, ale przywódcę nieprzyjaciół pragnął zabić osobiście.

 Nagle poczuł, że się unosi. Nie, nie zamienił się w cień czy co tam - na plecach urosły mu ogromne, kruczoczarne skrzydła. I już miał wrzasnąć z wściekłości na ojca - chciał pokonać ducha sam - ale poczuł, że serce już wcale go nie boli. Do tej pory zawsze czuł chociaż lekkie kłucie. Teraz ból ustał całkowicie. Zrozumiał, że to nie jest prezent od Hadesa. Wzbił się w powietrze, kosząc mieczem harpie i duchy, aż dotarł do dowódcy wrogiego legionu.

- Nie uda ci się. - Duch parsknął śmiechem, a przynajmniej wydał dźwięk do tego podobny. - Sam to wczoraj przyznałeś. Nic nie znaczysz. Boisz się.

 Gniew Nico ponownie osiągnął niebezpiecznie wysoki poziom.

- Jestem Nico di Angelo - powiedział. - Syn Hadesa. To ja kontroluję duchy, a nie one mnie.

 Przebił mu pierś stygijskim ostrzem. Upiór rozleciał się w proch.

 Wszystkie kości i potwory wokół niego dosłownie rozpłynęły się w szarawą mgiełkę. Szczęk oręża i  okrzyki ucichły. Nagle chłopak stracił siłę, aby dalej unosić się w powietrzu. Upadł z kilkunastu metrów na ziemię.

 W pierwszej chwili przestraszył się nie na żarty. Nie mógł złapać oddechu. Wygrać bitwę, zginąć od uduszenia. Gratulacje. Na szczęście kilka sekund potem płuca wypełniło mu powietrze. Usłyszał daleki krzyk Hazel:

- Nico! Nic ci nie jest?

 Nie, czuł się wspaniale. Nie czuł żadnego bólu. Czuł radość. Tylko nie miał siły odpowiedzieć.

 Po chwili cała trójka podbiegła do niego.

- Nico, stary! - Percy patrzył na niego z podziwem w oczach. - Przecież... Armia... Tysiące... Potwory... - Był w ciężkim szoku. - Jak?! To było niesamowite!

- Racja - zgodziła się Ann. - Nie złamałeś sobie czegoś?

- Jest okay - odpowiedział.

 Hazel pocałowała go w czoło.

- Zabiję cię kiedyś - oświadczyła.

- Nie ma sprawy - zaśmiał się. - Ale trochę póżniej. Teraz chcę się stąd wydostać. Dlatego, jeśli nie macie nic przeciwko, za chwilę wyruszamy.

- Za chwilę? - zdziwiła się Annabeth. - Ej, nie powinieneś odpocząć czy coś? Nie jesteś zmęczony?

- Ani trochę - odpowiedział Nico z uśmiechem. - Już nic mnie nie zatrzyma. Jestem gotowy.

- Więc? - Percy uniósł rękę.

- Przeżyjmy to.

 Przybili piątkę.

***
- Hazel, proszę, opowiadaj dalej - powiedział Percy błagalnym tonem. - Jeszcze nigdy się tak nie nagadałem. Potrzebuję prysznica.

- Okay, idź - zaśmiała się Hazel. - No więc jeszcze przez chwilę widzieliśmy go w powietrzu, a potem skrzydła... rozpłynęły się. Spadł z ogromnej wysokości i nic sobie nie zrobił.

- Tam było może z dziesięć metrów, nie więcej - zaprotestował Nico. - Przestańcie ze mnie robić bohatera.

- Nico - wtrąciła Ann. - Ty jesteś bohaterem.

- Racja! - wykrzyknął Jason.

- Stary, ja też chcę prywatną armię trupów - jęknął Leo.

 Nico chwycił kolejne mango z miski z owocami. Nie dopuszczono go do głosu, kiedy chciał opisać wydarzenia w Tartarze. Teraz musiał słuchać wyolbrzymionych opowieści o swojej odwadze.

 A tak ogólnie rzecz biorąc, to po prostu prowadził ich tylko sobie znaną trasą przez Podziemie. Podczas walki przy Wrotach Śmierci wszyscy dzielnie walczyli. Mimo to oczywiście to on został okrzyknięty bohaterem całej wyprawy.

- A on na to, że idziemy dalej. Wcale się nie zmęczył, kapujecie? - Teraz mówiła Annabeth. - Pokonał setki, może nawet tysiące potworów i nic sobie z tego nie robił! W każdym razie, szliśmy tak kilka godzin, a potem...

- Dobra, misiaczki, resztę opowiecie wszystkim w Obozie - zakrzyknął trener. - Za moment lądujemy!

 Po prawej burcie ukazał się Obóz Herosów.

 To był wspaniały widok. Serce zabiło mu trochę szybciej na myśl o tym, że później zobaczy się z Willem. Jeśli oczywiście będzie chciał się z nim zobaczyć. Ostatnio nawet się nie pożegnali.

 Kiedy Argo II osiadł na ziemi i ze statku wysiedli Percy oraz Annabeth, rozbrzmiały radosne okrzyki dziesiątek obozowiczów. Witano zwycięzców. Zaraz za nimi z okrętu zeszła cała Wielka Siódemka, a potem trener Hedge. Otoczyły ich kręgi ciekawskich, którzy chcieli posłuchać o nowych przygodach, a inni - szczególnie dzieci Afrodyty -  stworzyć gorące plotki. Nico niechętnie zszedł na ziemię. Jego nikt nie będzie witał z takim entuzjazmem.
Usłyszał jednak, że ktoś woła go po imieniu.

 Zobaczył Willa Solace'a rozpaczliwie wodzącego wzrokiem po tłumie, przepychającego się między ludźmi, jakby zgubił własne dziecko.

- Nico! - wrzeszczał. - Nico! Gdzie jesteś, do jasnej...

- Tutaj! - krzyknął do niego.

 Gdy Will w końcu go zobaczył, rzucił się na niego z okrzykiem:

- Ty idioto!

 I przytulił go mocno. Nie przejmował się setkami ludzi wokół. Brunet nieśmiało odwzajemnił uścisk, wtulając twarz w jego złote loki, pachnące świeżo skoszoną trawą. Uśmiechnął się. To był jeden z najprzyjemniejszych zapachów, jaki miał okazję poznać. Skupił się na dotyku ramion oplatających jego ciało. Chyba jeszcze nikomu nie pozwolił tak się do siebie zbliżyć.

 Nagle poczuł, że coś moczy mu szyję w miejscu, gdzie znajdowała się głowa chłopaka.

- Will? - zapytał. - Ty płaczesz?

 Przez chwilę słyszał tylko jego przyspieszony oddech.

- Na wszystkich bogów, tak się o ciebie martwiłem - szepnął wreszcie. - Ja... Po prostu cholernie cieszę się, że tu jesteś, Nico.

 Nico po raz pierwszy w życiu zrozumiał, co to znaczy mieć motylki w brzuchu. Święty Hefajstosie... On się cieszył z jego obecności. Nie obchodził go nikt, Percy, Annabeth, Jason, nikt z Wielkiej Siódemki. Nie opowieści o podróży przez Tartar były dla niego najważniejsze. Nico był na pierwszym miejscu. To było lepsze niż jakikolwiek komplement.

- Jeszcze jak nie schodziłeś tak długo... - mówił Solace. -Myślałem, że już...

 Zamknął oczy i uśmiechnął się lekko. Jeszcze nigdy nie czuł się tak wspaniale. Miał przyjaciela, który się o niego martwił. Nie znał lepszego uczucia, od tego, kiedy teraz witał się z nim.

- Tęskniłem za tobą, Will.

  Uścisnęli się jeszcze mocniej. Will przestał powstrzymywać płacz. Nico też nie potrafił ukryć wzruszenia. Oboje śmiali się przez łzy.

- Tęskniłem za tobą każdego dnia, Solace - mówił Nico. - Każdego cholernego dnia myślałem o tobie, rozumiesz, ty tępy gówniarzu?

- A ja modliłem się, żebyś przeżył, pieprzony debilu - odparował Will. - Nikt nie mógł dać mi najmniejszej pewności, że cię jeszcze kiedyś zobaczę, di Angelo.

- Jesteśmy idiotami.

- Jesteśmy idiotami.

- Kocham cię, kretynie.

- Ja ciebie też, dupku.

***

Długie to dosyć. Mam nadzieję, że choć trochę się podobało. Marto, przepraszam, że nikogo nie zabiłam :D Ale tak mi jakoś na happyend przyszła wena. No, to byłoby na tyle. A, szczęśliwych WalęWTynek. Nie wiem, kiedy co i jak, ale do zobaczenia :)

Hazel