******
Nico
******
Nie mógł już tego dłużej dusić w sobie. Inaczej eksplodowałby.Dzisiaj przyszedł czas.
Nico był w San Francisco. Percy też gdzieś się tutaj kręcił. Miał samotną misję.
Skoro Francisco, to Golden Gate. Logiczne. MUSIAŁ tu przyjść.
Bogowie, jak on mu to powie?
To jednak nie takie proste.
Zaczynał się denerwować.
Ale niemożliwe było, żeby stchórzył. Ta jedna myśl rozsadzała go od środka.
Rozmawiał z Biancą. Uznała, że o takich uczuciach trzeba mówić. Tylko, że nie znała orientacji swojego braciszka.
I wtedy zobaczył tego, na którego czekał.
Pomarańczowa koszulka, stare, obtarte jeansy i miecz w ręku.
I te cudowne, niebiesko-zielone oczy, jak dwa okna z widokiem na morze.
Za szybko.
Serce przyspiesza.
To nieuniknione.
Za szybko.
"Uspokój się" - myślał.
- Nico? - zawołał Percy. - Co ty tutaj robisz?
"O, Zeusie."
- Eee... Cześć. Co za zbieg okoliczności, nie? - uśmiechnął się sztucznie.
"Źle zacząłeś, idioto."
- Yyy... No tak. Dawno się nie widzieliśmy.
Dobra, dość.
Teraz albo nigdy.
Wszystko albo nic.
Ale... To trudne.
- Percy, miałeś kiedyś tak, że bardzo chciałeś coś powiedzieć, ale jednocześnie panicznie się bałeś? - zapytał, aby zyskać na czasie, ale liczył też na szczerą odpowiedź. Oparł się plecami o barierkę.
- No wiesz, ja niestety często nie myślę, zanim się odezwę i ma to przykre konsekwencje - zaśmiał się krótko. Przyjął tą samą pozycję.- Ale jeśli to coś naprawdę ważnego, to długo się zastanawiam, czy mówić. Jak już zdecyduję, to samo leci. A co? Coś się stało?
- W pewnym sensie...
- Wal, śmiało.
Stali tak sobie na wielkim moście, patrząc w dal. Na piękną panoramę miasta. Szare wieżowce, a dalej małe domki i kamienice na obrzeżach. W tle zachodzące słońce.
I rozmawiali.
A za chwilę miało się wydarzyć coś przełomowego.
Zniszczyć życie któregoś z nich.
Albo nadać mu kolorów, sensu.
Albo zabić ich oboje.
Nico nie potrafił spojrzeć mu w oczy. Za bardzo się bał. Patrzył teraz w dół, na własne stopy. Wziął głęboki oddech i w końcu powiedział cicho dwa słowa:
- Kocham cię.
Percy stał w tym samym miejscu, w tej samej pozie. Tylko twarz się zmieniła.
Był niebotycznie zdumiony.
- Co takiego? - na jego oblicze wstąpiła istna plątanina emocji: rozbawienie, zdziwienie i... wściekłość?
- To co słyszałeś - syn Hadesa nie przypuszczał, że wyjdzie aż tak źle.
- Z kim się założyłeś? To żart, co nie? - Percy parsknął śmiechem.
Nie otrzymał odpowiedzi.
- To jakiś popierdolony żart, prawda? Nico, powiedz, że żartujesz! - złapał go za ramię i szarpnął.
Teraz to on się bał.
Bał się prawdy.
- Jackson, kurwa, to nie jest żart! Nie potrafisz tego zrozumieć? Puść mnie! - wrywał się z uścisku.
- Nie wierzę. Nigdy bym się nie spodziewał. - chłopak pokręcił głową i odwrócił wzrok. - Jak długo to ukrywałeś?
- Cztery albo pięć jebanych lat. - odburknął.
- Ja pierdole, teraz ci się zebrało? Weź, zejdź mi z oczu.
W tej chwili to Nico się zdziwił. A zaraz potem wściekł.
- Nie liczyłem na odwzajemnienie, ślepy nie jestem. Wiem, że kochasz Annabeth, ale liczyłem na rozmowę. Chociaż zrozumienie! A ty tak po prostu każesz mi wypierdalać ze swojego życia, tak?! Zajebiście! Proszę bardzo! - odwrócił się na pięcie i odszedł we wschodnim kierunku.
Nie przypuszczał, że tak się zawiedzie na Percy'm. Chciał tylko, żeby wiedział, bo to jego dotyczyła ta sprawa. I chciał porozmawiać.
Nic z tego.
On go nienawidzi.
Po policzku pociekła łza.
Już nawet nie był zły. Był bezdennie smutny i bezradny.
***
15 minut później
***
Co teraz?Upić się i spać.
Wiecznie spać.
Zapadał zmrok. Chodził spacerowym krokiem po biedniejszych ulicach San Francisco, co chwilę ocierając łzy. Gdzieś w wejściu małego, rozpadającego się motelu człowiek w chuście na twarzy i markowych okularach usiłował sprzedać kilka gramów młodej, może 19-letniej dziewczynie. Z pobliskiej knajpy dochodziły pijackie okrzyki. Grupa kiboli szła na mecz, niszcząc wszystko, co stało na ich drodze. Jakiś policjant, wyraźnie znudzony, wysłuchiwał zeznań staruszki w sprawie kradzieży jej torby.
Zwykły dzień, który tyle zmienił w jego życiu.
Zwykli ludzie, przed którymi ukrywał zapłakaną twarz.
Usiadłby na jakiejś ławce. Patrzyłby na powoli wschodzący księżyc. Szlochałby sobie po cichu. Ale tam nawet nie było ławki.
Nie wiedział, ile czasu już szedł. Piętnaście minut? Czterdzieści? Godzinę? Półtorej? Przystanął w ślepym zaułku, obok koszy i kontenerów na śmieci, za towarzystwo mając bezdomne koty.
Chciał się ogarnąć, iść do hotelu, przespać.
Wyciągnął chusteczkę i ostatniego papierosa z kieszeni kurtki. Nigdy nie palił, ale ostatnio potrafił zmarnować całą paczkę jednego dnia. Sprzedawcy wierzyli mu na słowo, że ukończył 18 lat. Po prostu się go bali. Urodził się w poprzednim stuleciu, ale trafił do hotelu Lotos, gdzie czas się zatrzymuje. Ludziom mówił, że ma piętnaście lat - na tyle wyglądał. Tyle też minęło od opuszcienia Lotosu. Wydmuchał nos i sprawdził, czy ma wystarczająco dużo pieniędzy na nocleg, fajki i drinka. Dziś miał ochotę się zjarać na potęgę, upić albo zabić.
Beksa.
Pedał.
Ciota.
I chuj wie, co jeszcze.
"Przeklinanie jest dla słabych. Zawsze to powtarzasz, di Angelo. Tak samo jak palenie. Ale może jesteś słaby? Nachlasz się teraz taniej wódki i wrócisz do tego pierdolonego przytułku dla złamanych serc? Widzisz? Jesteś słaby, di Angelo. Jesteś słaby."
Nawet nie zauważył, że znikąd zmateralizowała się mała, pięcioosobowa grupka ludzi zaledwie pięć metrów od niego. Tylko, że to nie byli do końca ludzie. I byli uzbrojeni po zęby.
Szli w jego kierunku.
- Witam znajomego Percy'ego Jacksona! - zawołał największy z nich. - Przyjaciel naszego przyjaciela jest naszym przyjacielem, prawda? - zaśmiał się okropnym głosem.
- Kim jesteś i czego chcesz? - odburknął Nico. Nie miał ochoty na jakiekolwiek rozmowy, tym bardziej o pewnej osobie.
- Jestem Omlinikus i chcę tylko wiedzieć, gdzie on się podziewa. Wiemy, że miałeś styczność z nim w przeciągu... - zaciągnął się nosem. - Dwóch godzin. Moi ludzie i tak go niebawem wywęszą, ale... Tak będzie szybciej i zabawniej.
- Nie mam pojęcia, gdzie jest i nic mnie to nie obchodzi. - odpowiedział. I jedno, i drugie było kłamstwem, bo miał doskonały wgląd na przebieg misji. I bardzo się o Percy'ego teraz martwił.
- W takim razie pogadamy inaczej. - Omlinikus pstryknął długimi palcami, a dwóch jego wspólników pochwyciło Nico pod pachy i zmusiło do pochylenia głowy. - Na pewno nie zmienisz zdania?
Nie odpowiedział.
Dostał tylko bardzo potężnego kopa w brzuch. Całą ich serię.
Poczuł, że coś mu pękło w środku. Cholernie bolało, ale nawet nie jęknął.
- Taki z ciebie twardziel? Wyglądasz na największą ciotę w dziejach ludzkości. Teraz będziesz gadał.
Chwycił go za koszulkę, podniósł do góry i przygwoździł do ściany.
Trzask.
Dostał w policzek.
Tak mocno, że oczy mu się załzawiły.
Nadal nic nie mówił.
Nadstawił drugi.
- Nigdy ci nie powiem, gdzie jest Percy Jackson. Nigdy.
Nie czuł strachu o siebie. Tylko o niego. Był gotów oddać życie za jego ocalenie.
"Może i jestem słaby, ale nigdy nie będę tak słaby, żeby go wydać. Kocham go i będę go bronić. Nawet za najwyższą cenę" - myślał.
Potwór wyjął krótki sztylet zza pazuchy. Przytknął go do drugiego policzka Nico i spojrzał na niego pytająco.
- Możesz mnie nawet zabić. Ale ja go nie zdradzę. Nigdy. - powiedział.
Zaraz potem poczuł okropny ból.
Ostrze zatapiane w skórze.
Krew miesza się ze łzami.
Ale był gotów wszystko znieść, byleby Percy przeżył. On się nie liczył.
I nie miał siły nic powiedzieć, nie krzyczał z bólu, choć był tego bliski. Tylko szepnął, patrząc w oczy oprawcy:
- Nigdy.
Te straszne, czerwone, ogromne oczy wyrażały podziw, zdziwienie i wściekłość.
A oczy Nico wyrażały tylko ból.
- Szefie, czuję go. Jest w tym lesie na północy. - wyskrzeczał jeden z pomocników.
Wszystko stracone.
W jednej chwili zmienili się w pył i polecieli do celu z wiatrem.
Opadł na ziemię. Rana na policzku strasznie piekła, tak, że nie mógł powstrzymać się od płaczu. Dostał lekkich drgawek. Co chwilę robiło mu się ciemno przed oczami. Był strasznie osłabiony, miał połamane żebra i ledwo stał na nogach, ale doskonale wiedział, co musi zrobić.
Zmiana w cień prawdopodobnie go zabije, ale miał to gdzieś.
- Ojcze, jeśli możesz, spełnij tą ostatnią prośbę. Niech ta przemiana się uda. Błagam.
Podniósł ręce i skupił się na otaczających go ciemnościach. Poczuł, że odrywa się od ziemi. Poczuł, że się rozpływa.
Poczuł, że to jego ostatnia szansa.
I że wkrótce umrze.
******
Percy
******
Co za dzień.Co za wyznanie.
Nico był dla Percy'ego kimś więcej niż przyjacielem. Ale nie myślał o nim w takiej kategorii! Bardziej jako brat, młodszy braciszek, który nie raz ratował mu życie. Lubił z nim rozmawiać, wiele się od niego nauczył.
Nico to poważny, doświadczony chłopak. Dużo przeszedł. Jest potężny, ale zamknięty w sobie. Kiedy uchyli swoje serce choć trochę, nie sposób go nie lubić. Przez ostatni rok częściej rozmawiał z nim, niż z Annabeth. Posiada ogromną moc i wiedzę. Inteligentny, uroczy, pomocny. Na swój sposób pociągający.
Czy napewno tylko braciszek?
"A kim jest Percy Jackson? Percy Jackson to dupek, chcący pozbyć się tego, czego się boi." - pomyślał.
Szedł przez Big Forest Grums niedaleko miasta. Wracał na lotnisko przez las, bo tu było spokojniej.
Zerwał się wiatr. Po polanie przetoczył się głośny śmiech.
- Kto tu jest?! - wrzasnął Percy.
- Patrzcie! Biedny chłopczyk... Nico, tak? Niepotrzebnie zrobliśmy mu małe kuku. Drugi kochaś sam się znalazł. - z piachu wyłonił się obrzydliwy, człekokształtny stwór z ogromnymi, czerwonymi ślepiami.
- Nico? - Percy wyjął z kieszeni długopis. Gdy zdjął zatyczkę, w jego dłoni pojawił się miecz - Orkan. - Co mu zrobiliście? Gdzie on jest? Kim wy jesteście?
- Ojej, chłopaczkowi nic się nie stanie. Jeśli nie ruszy się z miejsca, oczywiście. Nie ważne, kim jesteśmy. Chcemy twojej śmierci, w imię Gai i Kronosa! Przygotuj się na cierpienie, herosie. - odpowiedział mu potwór. Obok niego zmaterializowała się jeszcze trójka.
"Nie powinno być trudno, jest ich tylko czterech" - pomyślał.
Rozpoczęła się walka.
Po dwóch minutach jeden nie miał głowy. Rozsypał się w proch. Powócił do Tartaru.
Mimo, że szkarady miały przewagę liczebną, z nim nie tak łatwo było wygrać. Po chwili walka stała się równa: jeden na jednego.
Przynajmniej tak mu się wydawało.
Ostatni potwór robił szybkie uniki, sprawnie odparowywał ciosy. Percy musiał się skupić, aby wygrać. Nagle poczuł szybki ruch powietrza za sobą, jakby ktoś biegł w jego kierunku. Nie mógł się jednak odwócić, zbyt dużo ryzykował. W parę sekund później w końcu trafił stwora w pierś. Koniec walki.
Ale...
- NIE! - usłyszał znajomy głos.
Odwrócił się.
To, co zobaczył, złamało mu serce.
Jeszcze jeden stwór właśnie przebił mieczem na wylot brzuch Nico.
On go osłonił własnym ciałem.
Własnym ciałem.
WŁASNYM CIAŁEM!
Percy zamachnął się i przepołowił Omlinikusa, stojącego przez cały czas za nim. Oczy zaszły mu mgłą.
Nico padł na kolana. Drżał.
On...
- Percy, pomóż mi... - wyszeptał.
- Nico, co oni ci wcześniej... Dlaczego to zrobiłeś?! - synowi Posejdona łamał się głos.
Chłopak był bardzo osłabiony, miał podbite oko i paskudną szramę na policzku. Wyglądało na to, że zaraz zemdleje. Wychrypiał tylko:
- Bo cię kocham.
Przewrócił się na plecy.
Och, bogowie.
Percy wziął go w ramiona i przytulił do serca.
Taki dzielny.
Kochany.
Zawsze wierny.
Dlaczego właśnie on?!
- Nico, nie musiałeś... Ja nie mam przy sobie ani trochę ambrozji... Stąd do miasta jest... prawie trzy godziny drogi! Nico... - szlochał.
Zaczął powoli kołysać w ramionach chłopaka, aby zamaskować spazmatyczne dreszcze wywołane płaczem.
Kołysał go do ostatniego snu.
- Ciii. Już się z tym pogodziłem. Ale zostań ze mną. Nie odchodź... - jego twarz wykrzywił grymas bólu. - Zostań.
Bohater.
Prawdziwy bohater.
- Jestem, Nico. Jestem. Przepraszam za dzisiaj. Za wszystko. Też cię kocham. - pocałował go lekko w czoło, potem w policzek.
- Ale... Przecież... - syknął z bólu. - Przecież nie...
- Teraz już wiem. Nie opuszczaj mnie, Nico. Nie rób mi tego... - Percy nie przestawał płakać.
Chłopiec wzniósł powoli bladą, chudą rękę do jego policzka. Otarł mu łzy.
- Percy... Mam już tylko jedno marzenie, zanim...zanim... Ach! - krzyknął. Strasznie cierpiał.
- Mów.
- Pocałuj mnie ten jeden raz.
Naprawdę go kochał.
Spełnił jego prośbę.
Tak delikatne usta. Teraz były suche i drżały, jak całe jego ciało.
Czuł, jak pod nim klatka piersiowa syna Hadesa wznosi się i opada coraz wolniej.
- Mógłbyś zapamiętać mnie innego... Przepraszam...- wydusił.
- Wybaczam ci wszystko. Kocham cię, Percy. Zawsze tak było. - wyszeptał w ostatnim oddechu Nico.
- NIE! NICO! NIE POZWOLĘ CI MNIE OPUŚCIĆ! - krzyczał przez łzy.
Rozpoczął reanimację.
Pięć minut.
Dziesięć.
Dwadzieścia.
Żadnych szans.
Jego już nie ma.
Dlaczego on?
Dlaczego teraz, kiedy zna prawdę?
Dlaczego teraz, kiedy w końcu wie, co czuje?
Dlaczego...?
***
29 godzin później
***
Przeleciał pół Ameryki.Przeszedł przez granicę Obozu.
Stanął na placu głównym.
Z nim na rękach.
Z ukochanym ciałem.
Z martwym ciałem.
- Kto to jest? - pytali wszyscy dookoła.
- Kogo on niesie?
- To Percy?
- Strasznie wygląda, co mu jest?
- A temu drugiemu?
Była wśród nich Annabeth, Piper, Nyssa, Kalina. Był Leo, Chejron, Grover.
- Całun dla syna Hadesa. - powiedział głośno.
Zapanował chaos. Wszyscy przekrzykiwali się nawzajem, ci, którzy znali zmarłego patrzyli z niedowierzaniem. Tylko kilku obozowiczów ruszyło po całun.
Kiedy wrócili, Percy uklęknął na jedno kolano i złożył ciało w czarną tkaninę.
Pogładził go po raz ostatni po bladym policzku.
Po raz ostatni ucałował jego czoło.
W końcu oświadczył ze łzami w oczach, które, jak się zdawało, więcej nie mogły płakać:
- Nico di Angelo... nie żyje.
Nie żyje.
Pobiegł do swojego domku.
Przez kilka godzin leżał tylko na łóżku i ignorował dobijanie do drzwi. Był jak w transie. Ciągle widział przed oczami ten moment. Jego śmierć. Oczy pełne bólu. Rana na policzku. Drżenie ciała. Te ostatnie słowa i pocałunek.
Ocknął się, gdy usłyszał wołanie Piper.
- Percy, otwórz. Porozmawiajmy. Nie chcę się narzucać. Nie musisz odpowiadać na wszystkie pytania. Ale coś musimy wiedzieć. - nie krzyczała, tylko mówiła spokojnie, w przeciwieństwie do kilkunastu innych osób.
Wstał powoli. Podszedł do drzwi. Nie otworzył.
- O czym chcesz rozmawiać?
Nie wydała żadnego głupiego westchnienia ulgi, nie opieprzyła go, że się nie odzywa. Był jej za to wdzięczny.
- Co się stało, gdy byłeś na misji? Pomiń, co chcesz.
Percy opowiedział jej wszystkie wydarzenia, łącznie z tym na Golden Gate, ale kiedy przyszedł moment na Big Forest Grums, oczy ponownie zamieniły się z strumienie łez.
- I wtedy... Wtedy on zasłonił... Mnie własnym ciałem... Chwilę rozmawialiśmy... A potem on... Reanimowałem go... Ale on już... - w przerwach między tym monologiem bezskutecznie próbował się uspokoić.
- Spokojnie. Tylko spokojnie. Rozumiem. Wpuścisz mnie?
Piper nie usłyszała żadnej odpowiedzi.
- Dobrze. Jestem tutaj. Aha, nie chciałeś rozmawiać z Ann... Chciała się pożegnać, bo widzisz... - po jej głosie można było wywnioskować, że trudno jej mówić. - Kiedy byłeś na misji, zdecydowała, że chce być Łowczynią. Ona... Chyba czuła się trochę... Nie wiem, niedoceniana? W każdym razie, odeszła pół godziny temu. Kazała ci przekazać, że jej przykro i... ma nadzieje, że jeszcze się zobaczycie.
Podziękował jej. Zastanowił się trochę i powiedział:
- Czy mogę cię o coś zapytać?
- Oczywiście.
- Czy to jest prawdziwa miłość, kiedy... nie wiesz, jak nazwać to uczucie? Jest silniejsze od przyjaźni, silniejsze od braterskiej wspólnoty i kiedy się to poczuje, to w ciągu kilku minut jest się w stanie zrobić dla kogoś wszystko? - głos mu się łamał. - I czuje się to przez lata, ale nie wie się, co to jest? A kiedy już się wie, to się od tego uzależnia? I nie można bez tego żyć?
Przez chwilę milczała. Potem odpowiedziała:
- Tak.
Przestał się hamować. Zsunął się po drzwiach na podłogę i zaczął żałośnie szlochać. Teraz dotarło do niego z całą mocą, co się stało.
- Nico... Nie... Nico... Kocham cię... Wróć... Nico... - raz szeptał, raz krzyczał. Wszystkiemu towarzyszyły łzy.
- Percy, wszystko w porządku? - Piper faktycznie go nie opuściła.
- NIE! NIC NIE JEST W PORZĄDKU! ON NIE ŻYJE, DO JASNEJ CHOLERY, ROZUMIESZ?! NIE ŻYJE! Zostaw mnie! Nico... To moja wina! Idź stąd! - krzyczał.
- Uspokój się...
- IDŹ STĄD!
- Nie rób nic głupiego. Inaczej jego ofiara pójdzie na marne.
- ZOSTAW MNIE! - wrzeszczał przez łzy.
Po kilkunastu minutach, gdy nieco się ochłonął i miał pewność, że już nikogo nie ma w pobliżu, otworzył drzwi.
Poszedł na wzgórze. W kierunku plaży.
Kiedy był na miejscu, zerwał z szyi wisiorek z obozowymi paciorkami i rzucił go na piach. Wiązał z nim tak dużo wspomnień. Zbyt dużo. Miał ich dosyć.
Wszedł po pas do wody.
- Wyrzekam się błogosławieństwa Posejdona. - powiedział.
Koniec.
Przez chwilę od jego ciała biła złota łuna. Potem wzniósł ręce. Z morzem nic się nie stało.
Był teraz jak zwykły człowiek.
Zwykły śmiertelnik.
Zwykły tchórz.
Ale nie tylko śmiertelnicy są tchórzami.
Był bezradny i zmęczony. Zmęczony myślami, niewykorzystanymi chwilami, kiedy byli razem, wspomnieniami. Tak strasznie zmęczony, jakby żył setki lat. Tymczasem nawet nie był pełnoletni. Tyle osób stracił: Charles, Bianca, Zoe, Silena, Luke... W pewnym sensie też Annabeth. Ale śmierć Nico zwyczajnie go załamała.
Dlaczego nikt im wtedy nie pomógł?
- Tato, gdzie byłeś, kiedy cię potrzebowałem? Gdzie byłeś, gdy on umierał? Gdzie byliście wszyscy bogowie, którzy kiedyś chcieliście mnie uczynić takim, jak wy? Dlaczego, mając tak wielką moc, nie pomogliście nam? Po tym wszystkim, co dla was zrobiliśmy? - mówił, patrząc w niebo. - Wraz z przyjaciółmi ocaliłem Olimp, pokonałem tytanów i gigantów. Prosiłem tylko o jedno. Hadesie, czy nie potrafisz mi go zwrócić? Gdzie byłeś, gdy twój syn cierpiał? Rozmawiałeś z nim w ogóle kiedyś jak ojciec z synem? Nie jesteście bogami. Jesteście marnymi istotami, zachowującymi się gorzej niż ludzie. On mnie ocalił. Żadne z was nigdy nie zrobiło tego dla swojego dziecka.
Westchnął. Pragnął porozmawiać z Nico. Pragnął jego obecności. Pragnął cofnąć czas. Pocałować go na Golden Gate i cały dzień spędzić tylko z nim.
Ale jego już nie było.
Dość.
Zmęczony.
Zmęczony tym, że stale czegoś mu brakuje.
Zmęczony otaczającym go światem.
Zmęczony życiem.
- Już wiem, że nie potrafię bez ciebie żyć. Przepraszam, że musiałeś cierpieć. To przeze mnie.
"Mógłbym umrzeć jako bohater, tak jak on. Ale jestem tchórzem. Jestem."
Zanurkował. Nie zamierzał już nigdy się wynurzyć. Nie żywy.
***
14 godzin później
***
- Przynieście błękitny całun.
****
KONIEC
***