Jezu kochaniutki, aż mi wstyd po takim czasie coś publikować XD przepraszam za tak długą przerwę, właściwie to miałam wątpliwości, czy w ogóle skończę tą historię ;-; ale jest. Jestem ciekawa, czy w ogóle ktoś tu wejdzie i to zobaczy, ostatnio jest okrutny spadek w wyświetleniach (o rany, ciekawe dlaczego i czyja to wina :D). Przypominam, pierwsza część tego pokręconego opowiadania znajduje się trochę niżej, w poście "Gra". A teraz zapraszam do czytania.
******
Jason
******
- Cześć, jak się czujesz? - zapytał Jason, siadając na łóżku obok Nico.
Gdy syn Jupitera usłyszał o wydarzeniach w Obozie Herosów, bez wahania zdecydował się pomóc przyjacielowi. Razem z Reyną wykombinował mieszkanie w jedej z bardziej cichych dzielnic Nowego Rzymu.
Od przyjazdu Nico minęły już cztery dni. Jason zdecydował, że powinien z nim pogadać. Hazel jeszcze nie wróciła, więc nie miał nikogo, kto mógłby go wspierać.
Jason bardzo mu współczuł. Wiedział, że chłopak teraz już nikomu nie uwierzy do końca. Przecież on zawsze był kruchy, kruchy jak szkło... A teraz został tak dotkliwie skrzywdzony i to przez osobę, którą tak kochał. Syn burz najbardziej bał się tego, że znowu gdzieś zniknie i samotnie będzie podróżował przez cały świat, walcząc z potworami bez żadnego wsparcia. Albo zrobi coś jeszcze gorszego...
Jednocześnie nie mógł uwierzyć, że Percy był zdolny do czegoś takiego. Przecież był wodzem w ich dawnych wyprawach. Wszyscy mu ufali. Teraz pokazał swoje prawdziwe oblicze. Zniszczył go. Po prostu zabił go od wewnątrz. To było widać w oczach Nico. Wyglądały właśnie jak skruszone szkło, albo jak wzburzona woda. Tonął w niej.
- Hej - odpowiedział mu Nico. - W porządku.
- Nie kłam - powiedział blondyn.
Nico odwrócił wzrok. Spojrzał na okno. Za szybą zbierały się czarne chmury. Zanosiło się na deszcz.
- Trochę boli mnie głowa - mówił cicho. - I brzuch. Czuję się po prostu źle.
Jason dobrze wiedział, że jest dużo gorzej niż tylko "źle".
- Nico, powiem wprost - zaczął. - Naprawdę nie potrafię pocieszać. Ale chciałbym powiedzieć ci, że cię podziwiam.
- Za co? - spytał brunet, wciąż wpatrując się w ciemne chmury.
Był na swój sposób przystojny, ale teraz wyglądał naprawdę mizernie. Jego skóra wydawała się nienaturalnie blada, jakby był duchem. Miał cienie pod oczami. Siedział przygarbiony, musiał być zmęczony. Wyglądał, jakby nie spał ze dwie noce. I te oczy... One były najbardziej niepokojące. Po brzegi wypełnione smutkiem.
- Podziwiam cię za twoją odwagę. Za to, że jesteś taki dzielny - odpowiedział. - Wiem, o co ci chodzi. Mówisz, że wszystko jest dobrze, bo nie chcesz, żebyśmy się o ciebie martwili. Zawsze tak robisz. Jak źle by nie było, ty zawsze starasz się to ukryć. Podziwiam cię, bo wytrzymujesz ten ból, którego ja nawet nie umiem sobie wyobrazić. Ja...
- Skąd wiesz, że wytrzymuję? - przerwał mu Nico. - Właśnie, że nie mogę już tego wytrzymać. Nie ma nic odważnego w tym, że płaczę każdej nocy.
Syn Hadesa spojrzał mu w oczy.
- Nie jestem dzielny, Jason. Jestem słaby.
Chłopak zauważył, że Królowi Upiorów trzęsą się ręce.
- Wciąż o nim myślisz? - zapytał cicho.
- Tak.
Nico podciągnął nogi pod brodę.
Jason bardzo chciał mu pomóc. Ale czy jemu da się pomóc? Czy on tego chce? Czy potrafi mu pomóc?
- Hej - odezwał się w końcu. - Może pora chociaż spróbować o nim zapomnieć?
Brunet po raz kolejny spojrzał mu w oczy. Dostrzegł w nich wahanie.
- Jason... - zaczął. - Ty nie wiesz jeszcze wszystkiego. Ja nigdy nie dam rady o tym zapomnieć. Percy... - z trudem wymówił jego imię. - On zrobił mi coś, czego nie zapomnę do końca życia. I tu nie chodzi o to, że cały czas mnie okłamywał, ani że zdradził wszystkie moje sekrety. Jest coś gorszego. - Spuścił głowę. - Nie mówiłem tego nikomu. Hazel zrobiłaby jeszcze gorszą awanturę, a wtedy wszyscy dowiedzieliby się o tym.
- Co on ci zrobił?
Przez chwilę pokój wypełniła cisza. Potem Nico zacisnął pięści.
- Tamtego wieczoru spaliśmy w domku Posejdona - powiedział w końcu. - Było już dosyć późno, prawie zasypiałem. Percy pochylił się nade mną i pocałował, zawsze tak robił na dobranoc. Potem mnie przytulił, ale dłońmi schodził coraz niżej. Powiedziałem, żeby przestał. Nie słuchał mnie. - Głos Nico zaczął drżeć. - Zaczął mnie tam dotykać, a ja wciąż mówiłem, żeby przestał. Zatkał mi usta dłonią. Był za silny, żebym mógł się wyrwać. Rozebrał mnie. Powiedział...
Przerwał na chwilę, aby wziąć głęboki oddech.
Blondyn chwycił go za rękę.
- Mów dalej.
Nico zamknął oczy.
- Powiedział, że mnie kocha i dlatego nie może mi się oprzeć. I zrobił mi to. Nie mogłem krzyczeć, nie mogłem nawet się ruszyć. On był po prostu za silny.
Syn Hadesa zarumienił się i spuścił wzrok.
- A potem gdzieś zniknął, na całą noc - powiedział zduszonym głosem. - Następnego dnia powiedział mi prawdę. Powiedział, że nic nie znaczę. Zachowywał się tak, jakby wcześniej nic się nie stało.
Och, bogowie.
Zgwałcił i porzucił swoją zabawkę.
Mieli kochać się już na zawsze.
Percy pobawił się i odszedł.
A Nico? Nico wciąż go kocha.
- Co za dupek - wykrztusił pretor. - Na świętego Marsa, tak mi przykro, Nico.
Brunet schował twarz w dłoniach.
- Miałem nikomu nie mówić - mówił. - Miałem sobie poradzić samemu.
- Nie możesz zawsze być sam - powiedział Jason. - Tak samo jak nie możesz wciąż udawać, że wszystko jest w porządku. Nie sądzisz, ze Percy'emu przydałaby się nauczka?
Nie odpowiedział.
- Wiem, że wciąż czujesz do niego to samo - kontynuował. - Ale on zasługuje na karę. Skrzywdził cię.
- Proszę cię, nie mów nikomu, co zrobił - przerwał mu Nico. - Nie chcę awantury.
- Możesz się zemścić. Naprawdę cię to nie kusi?
- Nie chcę robić mu krzywdy.
- On nie zasługuje na twoją miłość, Nico. Zrozum to.
Nico odwrócił wzrok.
- Przepraszam - powiedział Jason. - Po prostu uważam, że należy mu się nauczka. Nikt nie będzie miał ci za złe, jeśli w końcu też pokażesz mu, co to ból. Każdy to zrozumie. Pomyśl o tym. Lepiej, żebyś go nienawidził, niż żebyś miał złudne nadzieje. Możesz się zemścić, Nico.
Wstał.
- Muszę lecieć - oświadczył. - Wpadnę jutro. Ale przemyśl to.
- Dziękuję, Jason.
******
Nico
******
"Możesz się zemścić."
"Należy mu się nauczka."
"Zasługuje na karę."
"Nikt nie będzie miał ci za złe, jeśli w końcu też pokażesz mu, co to ból."
- Mogę to zrobić - wyszeptał Nico, przyciskając dłonie do piersi, aby opanować ich drżenie.
Drżał na całym ciele. Czuł mrowienie w palcach, raz po raz przeszywały go dreszcze. Ale wciąż się uśmiechał. Spróbował się uspokoić. Po chwili rozluźniły się wszystkie jego mięśnie, umysł na parę sekund wypełniła pustka. Poczuł przyjemne ciepło rozlewające się po kończynach. Ogarnęło go zmęczenie.
- Najpierw on, potem ja - wypowiedział bezgłośnie.
Uniósł głowę. Krople deszczu stukały o szybę. Rozpadało się na dobre.
Pod łóżkiem leży miecz ze stygijskiego żelaza. Przyda się.
Di Angelo zaśmiał się cicho.
- Jestem chory - powiedział sam do siebie.
Zegar wskazywał dwudziestą pierwszą trzydzieści siedem. Siedział tu zupełnie sam, w kompletnych ciemnościach. Wydawało się, że od wizyty Jasona minęły tygodnie, a nie cztery godziny. W tym czasie zdążył podjąć tyle decyzji...
Czy będzie miał odwagę wprowadzić je w życie?
Zacisnął palce na poduszce. Coś w nim zmieniło się na zawsze. Coś w nim pękło. Już nigdy nie będzie tak samo.
Z okrutną szczerością i szaleńczą zaciętością wyszeptał:
- Nienawidzę cię, Percy.
A wtedy powróciła cała adrenalina, ściskając żołądek, przyspieszając bicie serca, pompując więcej krwi, powodując skurcze w mięśniach. Bo właśnie w tamtej chwili rozległo się pukanie do drzwi.
Pomyślał, że to Jason.
Mylił się.
******
Percy
******
Chude palce Nico zaciskały się coraz mocniej na gardle Percy'ego, a chłód czarnego miecza pod jego brodą przeszył jego ciało. Gorsze od uczucia strachu i duszenia się, były tylko oczy Księcia Ciemności. Wyglądały jak potłuczone zwierciadła, w których lśnił obłęd.
Percy był przyciśnięty plecami do ściany. Nico jedną ręką ściskał jego gardło, a w drugiej trzymał swój stygijski miecz. Ich twarze dzieliła tak mała przestrzeń, że czuł przyspieszony oddech syna Hadesa na swoich wargach. Cały czas patrzył mu w oczy. Zaczynało powoli brakować mu powietrza w płucach.
- Nienawidzę cię - wyszeptał chłopak. - Nienawidzę cię za te wszystkie kłamstwa. Za tę twoją pieprzoną grę. Za to, że zdradziłeś całemu cholernemu światu moje sekrety.
Zacisnął palce jeszcze mocniej.
- Nienawidzę cię za to, co zrobiłeś mi tamtej nocy.
Płuca Percy'ego płonęły, rozpaczliwe domagając się powietrza. To był jego największy lęk. To była jego słabość. W żaden sposób nie mógł się ruszyć ani zaczerpnąć oddechu. Wpatrywał się w oczy di Angelo z niemym błaganiem.
Po raz pierwszy błagał o litość.
- Teraz to ty się boisz - wycedził brunet przez zęby. - Chciałbym, żebyś zobaczył, co to znaczy naprawdę cierpieć. Bo nie ma większego bólu niż miłość bez wzajemności. Żadna rana na ciele nie może się z tym równać.
Jackson tracił siłę w nogach, ledwie stał. Przed oczami zaczęły migać ciemne plamki, a twarz zarumieniła się z wysiłku i gorąca, jakie poczuł na całym ciele.
Mimo strachu, jaki go ogarnął, zauważył wahanie w oczach Nico. Kilka sekund później zamigotały w nich łzy.
- Chciałem się zemścić. Chciałem przebić ci serce tym mieczem, albo cię zadusić.
Ucisk na gardle trochę zelżał. Percy natychmiast wziął głęboki oddech, jak człowiek, który właśnie wynurzył się z morskiej toni.
- Chciałem zabić najpierw ciebie, a potem siebie.
Po policzku Nico poleciała łza.
Upuścił miecz, który wylądował u jego stóp. Rozluźnił palce. Zaraz potem opadł na kolana, chowając w dłoniach twarz.
- Nie potrafię cię skrzywdzić - powiedział, a po jego twarzy spłynęło kilka łez.
Percy uklęknął naprzeciw niego, wciąż starając się łapać jak najwięcej tlenu. Spróbował złapać go za rękę, ale on natychmiast ją zabrał.
- Zostaw mnie - warknął. - Po co tu przyszedłeś?
- Nico... - zaczął. - Ja... Przyszedłem tu, żeby cię przeprosić.
Brunet pokręcił głową. Uśmiechał się, choć po twarzy spływały mu strużki słonej wody.
- Więc nadal bawisz się w tą cholerną grę - powiedział cicho. - Nienawidzę cię.
Milczał. Nie chciał okazywać, jak bardzo zraniły go te słowa. Syn Hadesa nie znał prawdy, ale Percy nie chciał jej ujawniać. Prawda jest tak żałosnie prosta, lecz tak odległa, tak podobna do kolejnego kłamstwa. Brzmi jak kłamstwo. Brzmi jak kolejna fałszywa obietnica, które mu składał.
Nico wstał z podłogi i usiadł na łóżku. Spojrzał na zegar.
- Dwudziesta druga zero cztery - powiedział z goryczą. - Za sześć minut mieliśmy oboje być martwi.
Nie.
Myśli błądziły mu po głowie. Było tyle rzeczy, których nie potrafił powiedzieć, choć tak bardzo chciał.
"Jeśli ktokolwiek ma dzisiaj umrzeć, to jestem pewny, kto to będzie", myślał.
W następnych chwilach po jego głowie krążyły urywane zdania, słowa, których bał się użyć.
Nie chcę kłamać, już za dużo kłamstw.
Nie chcę mówić prawdy, chcę ją ukryć, chcę cię chronić przed kolejnym zawodem.
Ale co miał odpowiedzieć, kiedy Nico zapytał:
- Dlaczego wciąż grasz?
Powstrzymywał chęć przytulenia chłopaka, nie chciał błagać o wybaczenie, nie chciał okazać emocji. Nigdy nie chciał zaznać czyjejś litości. Nie udało się.
Powoli opadł przed nim na podłogę. Klęcząc położył głowę na jego udach, objął go w pasie. Nie wiedział, czy płacze. Chyba nie, już nie umiał płakać. Żałował, żałował, że spod powiek nie ciekną łzy, żałował wszystkiego, co zrobił, żałował, że żyje z tak cholernym losem, żałował, że wyrządził krzywdę komuś, kogo kochał nad swoje beznadziejne życie. Doskonale wiedział, że to nic nie da. Był świadom, że jest fałszywym człowiekiem. I teraz, choć naprawdę przyjdzie mu cierpieć, nikt nie uwierzy w jego szczerość. Mówił, a jego głos był zduszony przez materiał spodni Nico. Nie panował nad słowami wpływającymi z jego ust.
- Nie gram, Nico - szeptał. - Dla mnie to koniec gry. Przegrałem. Kocham cię. Kochałem cię zawsze. Nie wiem, co mi odbiło. Wszystko czego chcę, to to, żebyś mi wybaczył. Błagam. Przepraszam, że musiałeś wytrzymać takie piekło. Przepraszam.
Ale wiedział, że przeprosiny nigdy nie sprawiają, że wszystko jest w porządku.
Potem nie działo się nic. Potem była cisza. A chwilę później Nico powiedział:
- Zostaw mnie.
Syn Posejdona wiedział, że to się stanie, ale to zraniło go jak chyba jeszcze żadne ostrze, żadna rana z przeszłości. Serce zabiło mu mocniej, boleśnie tłukąc o żebra. Oddech przyspieszył.
- Percy - odezwał się chłopak ostrym tonem. - Nie dotykaj mnie.
Więc uniósł wzrok. Nie zwolnił uścisku wokół jego pasa. Nie wiedział czemu, ale twarz di Angelo powoli się rozmazywała.
- Nie wierzysz mi - stwierdził, a jego głos lekko drżał. - Nigdy mi już nie zaufasz, prawda?
Król Upiorów nie patrzył na niego.
- Nico, błagam.
- Nie chcę już nigdy ci wierzyć.
Syn mórz w końcu puścił Nico i wstał.
I właśnie wtedy podjął najtrudniejszą decyzję w swoim życiu. Jeszcze nie wiedział, że będzie iść przez piekło, starając się jej dotrzymać.
- W takim razie zniknę - powiedział. - Będziesz mógł o mnie zapomnieć.
Po raz ostatni spojrzał w jego brązowe oczy. Tak bardzo je kochał. Teraz nie potrafił wyczytać z nich nic więcej, niż nienawiść.
Chciał jeszcze powiedzieć, że go kocha, przeprosić po raz kolejny, chciał coś jeszcze dodać, coś powiedzieć, ostatni raz spróbować uratować to, co spieprzył. Ale jego gardło zacisnęło się na dobre. Wyszedł z domu.
Oparł się plecami o drzwi. Z ciemnych chmur przesłaniających gwiazdy lał się deszcz. Kilka kropel spadło na jego twarz, mieszając się ze łzami. Zamknął oczy. Z ust wyrwało się ciche łkanie.
- Kocham cię, Nico.
Od chwili, w której wyszeptał jego imię, zaczęło się największe cierpienie, jakie miał przejść.
******
Nico
******
(około trzech miesięcy później później)
Nico siedział na łóżku ze skrzyżowanymi nogami. Obok niego leżał dziennik w oprawie z czarnej skóry, długopis, płyta "Suicide Season" Bring Me The Horizon, "Night Visions" Imagine Dragons i kilka innych rzeczy, które są niezbędne po drugiej w nocy każdego dnia.
Zaczął rytuał od nowa.
Otworzył swój pamiętnik na pustej stronie i zaczął pisać urywane zdania, wszystko, co w tamtej chwili przychodziło mu do głowy.
Przecież za dnia wszystko jest w jak najlepszym porządku. Za dnia Nico di Angelo chodzi na treningi szermierki, kursy kamuflażu, lekcje z rozpoznawania potworów i ich słabości. Popołudniami przechadzał się ulicami Nowego Rzymu wraz z przyjaciółmi. Twierdził, że do Percy'ego nie czuje nic więcej niż ogromne obrzydzenie i niechęć.
Nikt nie wiedział, co Nico di Angelo robił nocami.
Kilka jego łez i kropel krwi spadło na świeżo zapisaną stronę. Płakał z piekącego bólu, który wywoływały mocno krwawiące rany. Płakał z tęsknoty, płakał dlatego, że kochał. Wciąż kochał.
Przyszło mu żyć w kłamstwie. Okłamywał siostrę, przyjaciół, samego siebie. Usiłował wmówić sobie, że nienawidzi chłopaka z zielonymi oczami, który pachnie oceanem, który jest najodważniejszym półbogiem, jakiego znał. Chciał go nienawidzieć. Ale nie mógł.
Tęsknił za nim. A każdy dzień, każda noc, każde kłamstwo zabierało mu coś ważnego. Za każde fałszywe słowo tracił to coś, co powoduje, że chce się żyć.
Myślał o tym wszystkim, pisał w swoim dzienniku, rysował krwawe obrazy na swoim ciele. Jedna z głębszych ran na lewej ręce zapiekła go tak, że zacisnął zęby z bólu. Życie jest takie beznadziejne, kiedy ukrywa się uczucia, kiedy nie wypowiada się swoich myśli, kiedy zakrywa się każdy kawałek ciała przed wzrokiem innych. Czasami Nico miał ochotę w końcu przyznać się, że Percy dla niego jest ważniejszy niż ktokolwiek. Miał ochotę pokazać Hazel swoje ręce i uda. Chciał powiedzieć Jasonowi, że jego rady nie działają. Czasami tak bardzo chciał być szczery.
Ale nie chciał ich krzywdzić.
Zamknął podniszczony zeszyt. Położył się, zaciskając zęby z bólu. Naciągnął kołdrę na głowę i wstrzymał oddech, żeby przestać płakać. Kara została wymierzona. Kara za każde dzisiejsze fałszywe słowo.
To, co napisał w dzienniku, było bardzo chaotyczne, ale chyba w pełni oddawało to, co działo się w jego głowie:
"Czwartek, 14 września, 2:57 w nocy
Zaraz umrę. Zaraz po prostu nie wytrzymam. Tak źle jeszcze nigdy nie było. Jestem fałszywym psem, nie powinienem żyć. Zaraz pęknie mi serce i wykrwawię się na śmierć. Chcę zniknąć. Chcę przestać myśleć, tęsknić, wspominać. Nie mogę dopuścić do tego, żeby Hazel albo ktokolwiek inny dowiedział się, co robię. Ale ja tonę, ja umieram, ja chcę zdechnąć. Boli mnie wszystko, tu jest tak dużo krwi. Boję się, że przesadziłem. Na Hadesa, jaki ze mnie tchórz. Zasługuję na karę. Muszę się ukarać, za to wszystko, za to że okłamuję moją jedyną siostrę, moich przyjaciół. Oni są tacy dobrzy dla mnie, a ja jestem skończonym, zakłamanym skurwysynem. Nienawidzę siebie. Nienawidzę tego, jak wyglądam. Nienawidzę tego, kim jestem. Powinienem zdechnąć. Ale ja boję się śmierci, nie mam tyle odwagi, żeby skończyć ze sobą. Wiem co się stanie, kiedy przetnę sobie żyły, znam całą trasę po Podziemiu, ale boję się. Chcę umrzeć, ale się boję! Jestem cholernym tchórzem. Teraz to ja gram. Kocham Percy'ego, taka jest prawda, ale nie przyznam tego. Tesknię za nim. Nie chcę żyć bez niego. Kocham go, tak bardzo go kocham, do jasnej kurwy! Dlaczego jestem taki? Dlaczego się urodziłem? Dlaczego istnieję? Ale zasługuję na to. Nie mam już bandaży, nie mam miejsca na nowe blizny. Nie potrafię zapomnieć. Umieram."
Zasnął, zmęczony płaczem i bólem, pod koniec piosenki "Nothing Left To Say" Dragonsów. Kochał ten utwór i nienawidził go jednocześnie, bo tak bardzo przypominał mu swoją sytuację.
W końcu otoczyła go ciemność. Nie śniło mu się nic.
******
Percy
******
(dwa i pół miesiąca później)
- Postaraj się nie rozmawiać dłużej niż pół godziny - rzucił Chejron wychodząc z jedynego pomieszczenia w Obozie Herosów, gdzie znajdował się telefon.
Percy skinął głową i trzęsącymi się rękoma wybrał numer.
Po trzech sygnałach w słuchawce ktoś zapytał:
- Sally Jackson, kto mówi?
- Cześć mamo. To ja.
- Percy! Jak dawno cię nie słyszałam...
- Przepraszam, ale wiesz, jak tu jest. Co u ciebie?
- Tak dawno się nie widzieliśmy... Nic nie wiesz, tak? Planuję ślub, synku. Właśnie zastanawiałam się, czy zapraszać też wujka Jamesa, czy go sobie darować.
- Co? Ślub? Z Paulem?
- Tak. Mam nadzieję, że przyjedziesz.
- Mamo, nawet nie wiesz, jak się cieszę! To wspaniale! Ale Jamesa nie zapraszaj. Zje wszystkie cukierki.
- Och, Percy! Jeśli chcę zaprosić ciotkę Elizabeth, to Jamesa tez muszę.
- No tak. Mamo?
- Tak?
- Będę mieć siostrzyczkę? Albo braciszka?
Sally roześmiała się.
- Nie skarbie, jestem na to za stara.
- Szkoda.
- Percy, nie sądziłam, że tak chciałbyś mieć młodsze rodzeństwo. A tak w ogóle to Paul cię pozdrawia.
- Też go pozdrów.
- Czemu masz taki dziwny głos, Percy?
- Dziwny? Jestem po prostu trochę zmęczony.
Przez chwilę panowała cisza.
- Halo? - powiedział cicho.
- Jestem. Mów, co u ciebie.
- Nic ciekawego. Tak sobie.
- Słuchaj, nie próbuj udawać, że wszystko okay. Jestem twoją matką i wiem, że coś ci leży na sercu, więc mów jak się czujesz.
- Nie najlepiej. Właściwie to bardzo źle.
- Jak to?
- To znaczy... Nie przejmuj się, mamo. Nie dzwoniłem po to, żeby ci się żalić.
- Powiedz.
Percy zastanowił się chwilę. Postanowił powiedzieć prawdę.
- Mamo, tak naprawdę czuję się okropnie i nie mam z kim porozmawiać. Jeśli serio chcesz tego słuchać...
- Serio chcę tego słuchać.
- No... Zakochałem się.
- O Boże, będę mieć wnuki! Opowiedz mi o niej.
Percy zacisnął usta. Milczał.
- Coś nie tak? Halo?
- Mamo, zakochałem się w chłopaku.
- ...
- ...
- Przepraszam, synku. Ale w porządku. Wiesz, po prostu mnie zaskoczyłeś.
- Wolałabyś, żeby to była dziewczyna, prawda?
- Skarbie, dopóki ty jesteś szczęśliwy, to ja jestem szczęśliwa. Wcale nie wolałabym. Przecież to twój wybór. Wiesz, że ja zawsze będę cię wspierać, w końcu jesteś moim synem. Kocham cię, jakkolwiek potoczy się twoje życie, ja zawsze ci pomogę.
Jasne.
Sally była cudowną matką, ale dobrze wiedział, że ją zawiódł. Wiedział, że wolałaby, żeby jej syn był "normalny". Ona chciała mieć synową i wnuki. Mimo to cicho odpowiedział jej:
- Dziękuję, mamo.
- No, to opowiedz mi o nim.
Syn Posejdona wziął głęboki oddech. Dawno nie czuł się taki przygnębiony. Cholernie ciężko jest opowiadać o kimś, kogo kochasz. Jakimś dziwnym sposobem na twarz wkrada ci się uśmiech, czujesz motylki w brzuchu... Nie wiesz co powiedzieć.
Zupełnie inaczej jest, kiedy wiesz, że ta osoba cię nienawidzi. Wtedy tylko chce ci się płakać.
Ale Percy w końcu zaczął mówić.
- Ma na imię Nico. Jest młodszy ode mnie. I jest strasznie nieśmiały, taki skryty. Bardzo dużo przeszedł, wiesz, on nie ma nikogo bliskiego poza swoją przyrodnią siostrą. Życie dało mu w kość. Serio, nie znam nikogo, kto przeszedł tak wiele jak on. Ale jest bardzo mądry i zabawny, chociaż tylko niektórym pokazuje to swoje oblicze. Trudno jest zdobyć jego zaufanie...
W tym momencie zaczął drżeć mu głos.
- Jest wrażliwy. On... On jest kruchy jak szkło. Ale też niesamowicie odważny. Walczy na miecze jak mało kto. Pięknie śpiewa, chociaż wstydzi się to robić. Tylko raz go słyszałem. Ma takie... Takie miękkie usta. On jest jak anioł. On jest moim aniołem. Jest taki dobry... I mamo, przysięgam na wszystko, że ma najpiękniejsze oczy na świecie.
Sally milczała przez chwilę, a potem zapytała:
- Więc w czym problem? Dlaczego mówisz, że jest bardzo źle?
- Mamo... Ja go skrzywdziłem. Bardzo. Ale kocham go, cholera, kocham go jak nikogo innego. On już nigdy mi nie zaufa, po tylu kłamstwach. Nie wierzy mi, choć mówię najszerszą prawdę. Dałbym wszystko, żeby z nim być. Wiem, że nie zasługuję na to, ale tak bardzo tego chcę. Nie widziałem go prawie pół roku, mamo...
- Percy, ty płaczesz?
- Wszyscy mnie tutaj nienawidzą, z nim na czele. Nie mam nikogo, z kim mógłbym pogadać. Należy mi się, wiem... Ale to jest takie trudne. Nie wytrzymuję już. Obiecałem mu, że zniknę z jego życia na zawsze, żeby mógł o mnie zapomnieć. O takim fałszywym draniu, jak ja. Myślałem, że ja też zapomnę. Ale każdy dzień jest coraz gorszy. Nie umiem żyć bez niego.
- Percy, proszę, przestań płakać.
- Czuję się, jakbym był zupełnie sam. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Dni są takie same. W nocy śpię wyjątkowo rzadko. Wszystko jest szare, chcę krzyczeć, ale nie mam do kogo. Nie ma we mnie nic, nic nie jestem wart. Nie mam po co żyć.
- Nie możesz tak mówić. Nie płacz.
- Mamo, przepraszam cię za wszystko. Kocham cię. Nie chciałem, żeby tak wyszło... Nie martw się o mnie. I powiedz Paulowi, że przepraszam go za to, że nigdy nie mówiłem do niego "tato", chociaż bardzo tego chciał.
Rozłączył się.
Przez chwilę stał bez ruchu, próbując się uspokoić. Wziął kilka głębokich oddechów.
Tak zaczynał się każdy dzień.
Zanim noc całkowicie wyblaknie, już doskonale wiedział, że dzień będzie zły.
Codziennie szedł przez piekło od nowa i od nowa.
Piekło.
Piekielny ogień w płucach, kiedy tłumił łkanie.
Piekło wybrukowane snami o delikatnych dłoniach i pięknym głosie.
O jego aniele.
Piekło, piekielny ogień, którego nie gaszą łzy.
Codziennie to samo.
Zarzucił kaptur na głowę. Wyszedł, nie patrząc na nikogo.
Nie ma nikogo. Na świecie jest tylko on. I ten, którego imię tak trudno wymówić, którego tak bardzo kocha. I tysiące ludzi, którzy nienawidzą syna Posejdona o zielonych oczach.
- Frajer - usłyszał pomruk jakiejś dziewczyny za sobą.
- Hej, glonojadzie! Już nie lubisz się bić?
- Spójrz na tę sierotę. On nie utrzyma nawet miecza.
- Jackson, myślisz, że jak zasłonisz swoją fałszywą buźkę kapturkiem, to nikt cię nie pozna?
- Jesteś żałosny.
Piekło.
Codziennie przechodził przez piekło.
Zupełnie sam.
Chciał krzyczeć o pomoc, prosić, żeby w końcu go zostawili.
Ale był sam.
Doszedł do pawilonu jadalnego. Nie miał ochoty na śniadanie. Usiadł przy swoim stoliku, stoliku Posejdona, i rozglądał się.
To co zawsze. Starzy przyjaciele, patrzący nienawistnym wzrokiem, szklanka wody na stole, niebieskie naleśniki, których nie tknął.
I chłopak w czarnym ubraniu wchodzący do pawilonu.
Nie chciał w to wierzyć, dopóki Leo nie wykrzyknął:
- Patrzcie ludzie, kto nas odwiedził! Najgorętszy syn Hadesa w historii Obozu!
- Hej, Nico! - wrzasnęła Piper.
Brunet zaśmiał się cicho i przywitał ich. Potem całą trójką przesiedli się do stolika Hadesa i rozmawiali.
Po takim czasie.
Ani słowa, ani spojrzenia.
Nie, to nie może być prawda.
Piekło.
Pieką oczy.
Płoną płuca.
Nie, nie teraz. Nie mógł się załamać.
"To jest bez sensu" - pomyślał.
Zasłonił twarz dłońmi. W jego oczach zaszlikły się łzy.
- Nie - wyszeptał.
Bogowie, jak to boli.
Przez chwilę nie liczyło się nic. Mimo zgiełku na stołówce w jego umyśle panowała cisza. Poczuł się zupełnie pusty, jakby zabrano mu dosłownie wszystko. Słyszał tylko swój oddech, który próbował uspokoić.
W końcu podniósł wzrok.
Napotkał jego spojrzenie. Przez jeden krótki moment patrzyli sobie prosto w oczy.
A potem Nico odwrócił się do niego plecami.
"Więc nie mam już nic", myślał. "To ja przegrałem."
Wyszedł ze spuszczoną głową.
Czy to już koniec gry?
Tak, dziś wchodzimy na najwyższy poziom. Ostatni poziom. Potem gra się kończy.
Login: Percy Jackson.
Ostatni poziom.
Aby ukończyć, potrzebne: tabletki nasenne.
******
Nico
******
- Więc na jak długo przyjechałeś? - zapytała Piper.
Nico okrutnie nienawidził siebie, a to uczucie zwiększało się z każdą minutą.
Kolejne kłamstwa. Kolejny dzień z fałszywym uśmiechem na twarzy, z doskonale wyuczoną już formułką: tak, dziękuję, wszystko dobrze, już w porządku, czuję się świetnie.
- Nie wiem jeszcze - odpowiedział. - Może zostanę na tydzień, może dwa.
- Zostań jak najdłużej, stary - zaśmiał się Leo. - Tak dawno cię tu nie było.
Nico uśmiechnął się słabo. Fałszywy uśmiech. Miał dość tego, że wszyscy starają się być jak najbliżej niego. Zawsze miał kogoś, z kim mógł porozmawiać, a właściwie musiał, bo nie chciał wzbudzać podejrzeń. Ani nikogo ranić. Miał dużo przyjaciół. Za dużo. Właściwie nigdy w ciągu dnia nie był sam. Miał tego dość, bo wciąż musiał ukrywać swoje prawdziwe myśli.
Właśnie takie chwile, kiedy niby beztrosko rozmawiał z kolegami i koleżankami przy śniadaniu, bolały go najbardziej. Wszystko było takie sztuczne.
Nie, nic się nie zmieniło. Noce wciąż są takie same. Rany nie mogą się zagoić, jeśli wciąż tworzone są nowe.
Pomyślał o Percy'm. Nie przyjechał po to, żeby się z nim spotkać, nie po to, żeby go zobaczyć.
Ale nie mógł powstrzymać chęci, aby spojrzeć za siebie.
I właśnie wtedy go zobaczył.
Percy siedział przy swoim stoliku, pochylony, z twarzą ukrytą w dłoniach. Słaby. Wydawał się być niższy, chudszy, skurczny. Załamany.
Podniósł głowę. Spojrzał prosto na niego.
W jego zielonych oczach błyszczały łzy.
I wtedy powróciły wszystkie wspomnienia, milczące chwile smutku w jego objęciach. Każdy wspólnie spędzony dzień, kiedy wieczorem nie potrafił rozszyfrować tego, co mówiły jego smutne oczy. Za każdym razem, kiedy Percy podchodził do niego i bez powodu wtulał się w jego włosy, i trwali kilka sekund w przygnębiającym milczeniu. Wtedy naprawdę wierzył, że go kocha...
Lecz nie zapominał też o tym, jak stojąc sam, nagi w łazience wpatrywał się w swoje odbicie i patrzył na sińce po tym, jak Percy go uderzył.
Ale nigdy, przenigdy nie widział łez w jego oczach.
Nico odwrócił wzrok. Mimo wszystko bardzo chciał wstać i po prostu go przytulić. Ale nie, nie mógł tego zrobić. Nie teraz, nie tutaj. Nie potrafił też już go unikać, udawać, że nie istnieje.
Udawał, że słucha opowieści Leona o tym, co działo się w obozie podczas jego nieobecności. Co jakiś czas kiwał głową, uśmiechał się, ale w pamięci utkwiła mu jego twarz. Bogowie, co się z nim stało?
"Przestań", pomyślał. "Nie po to tutaj przyjechałeś, żeby się o to martwić."
Ale nie potrafił przestać.
W końcu przeprosił przyjaciół i odszedł zamyślony w stronę domku trzynastego.
Co się wydarzyło?
Nie umiał opisać uczucia, które w tamtej chwili nim kierowało. Czy było to coś w rodzaju troski?
Nie chciał już nigdy troszczyć o niego, już nigdy nie chciał dać się nabrać. Nigdy nie chciał na niego spojrzeć, nigdy nie chciał wspomnieć jak dobrze mu z nim było... Pomimo wszystkiego, co było mu zrobił.
Bo mimo wszystko, kochał go. Wciąż go kochał. I choć trudno było mu to przyznać przed samym sobą, bardzo chciał nu wybaczyć.
Mijając domek Posejdona zauważył, że drzwi są uchylone. Percy nigdy nie zostawiał otwartych drzwi.
Nie zastanawiając się długo, postanowił zajrzeć do środka.
******
Percy
******
Dość już patrzenia w kalendarz, wystarczy gapienia się w zepsuty zegar.
Ciągle sam.
Nikogo, kto chciałby pomóc.
Tak bardzo chciałby tej pomocy.
Ale potworom się nie pomaga. Potwory się tępi.
Dzień za dniem, godzina za godziną, wszystko wciąż jest takie samo.
"gdybyś tylko mógł mnie ocalić
tonę w wodach mojej duszy"
Percy czuł się pusty. Jego domek był pusty, umysł był pusty, ale serce było pełne po brzegi.
Jego serce było wypełnione smutkiem, umęczone ciągłą tęsknotą.
Umysł tak bardzo zmęczony od tej ciągłej nadziei, nawet po pół roku. Nigdy jej nie stracił.
Ciało skatowane conocnym płaczem, wykończone bezsennymi nocami, zesztywniałe od czekania.
Oczy umęczone gapieniem się w ściany, zalewane niekończącymi się łzami wciąż od nowa.
Jeszcze niedawno walczył z tym, chodził na treningi, wypełniał harmonogram, nie zwracał uwagi na całą nienawiść skierowaną na niego. Walczył.
Teraz już nie miał o co.
Jego palce mocno zaciskały się na małej buteleczce z środkami nasennymi.
Nico di Angelo.
Jedyny, którego pokochał.
Jedyny, którego tak bardzo skrzywdził.
- Miałem zniknąć z twojego życia, Nico - wyszeptał. - Więc zniknę już na zawsze.
Nie będzie żadnych pożegnań, przeprosin, pieprzonych powodów dlaczego. Nikogo to nie obchodzi.
Odkręcił butelkę.
"Za to, że cały czas okłamywałem Nico".
Wysypał jedną tabletkę na dłoń.
"Za to, że go biłem".
Druga tabletka.
"Za to... Że go zgwałciłem."
Trzecia tabletka. Pierwsza łza.
"Za to, że mnie nienawidzi."
"Za to, że jestem potworem."
"Za to, że boję się wychodzić z domu, bo nienawidzą mnie wszyscy."
"Za to, że zawiódłem mamę."
"I dlatego, że całe życie byłem zły, muszę zginąć."
Osiem.
Osiem tabletek na jego dłoni.
Szklanka wody na stoliku obok łóżka, na którym siedział.
To wystarczy do zakończenia gry.
W tej samej chwili, kiedy podnosił już rękę do ust, ktoś zawołał:
- Nie zrobisz tego!
Drzwi zaskrzypiały. Podbiegł do niego chłopak o ciemnych włosach, bladej twarzy i najpiękniejszych oczach na świecie.
Chwycił go za nadgarstek, a wszystkie pigułki z jego dłoni potoczyły się po podłodze. Percy patrzył na nie tępym wzrokiem. Nie rozumiał nic. Nie chciał rozumieć. Czuł, jakby jakiś głos w jego głowie podpowiadał: podnieść, połknąć, skończyć, umrzeć, i tak w kółko.
Spojrzał na słoiczek w drugiej ręce, ale ten anioł w czarnym ubraniu mu go zabrał, a potem klęknął przed nim. Mocno złapał go za oba nadgarstki.
- Nie możesz tego zrobić. Nie możesz - mówił.
Syn Posejdona patrzył na swoje ręce. Były oplecione białymi palcami Nico.
Nico.
- Spójrz na mnie - poprosił.
Uniósł wzrok na jego twarz.
- Dlaczego?
Nie mógł odpowiedzieć. Po prostu zaczął płakać. Wtulił twarz w ramię Nico. I płakał, dopóki łzy nie zalały całej twarzy, płakał jak dziecko, szlochając i łkając głośniej niż kiedykolwiek. A syn Hadesa gładził delikatnie jego włosy, szeptając do ucha:
- Cii, uspokój się. Jak mogłeś... Jak mogłeś w ogóle o tym pomyśleć?
Zaczął kołysać go w ramionach. Pachniał jak te stare, drewniane meble. I ziemią. Czarną, świeżo rozkopaną ziemią.
Percy nie mógł w to uwierzyć. Nie mógł uwierzyć, że znowu może go przytulić, że może płakać właśnie w jego ramionach, nie mógł uwierzyć, że jego anioł jednak przy nim jest.
W końcu Nico ujął jego twarz w swoje dłonie. Były zimne, ale przyjemnie chłodziły jego policzki, kiedy ocierał z nich gorące łzy.
Ich twarze znów były tak blisko.
- Tęskniłem za tobą - wyszeptał syn mórz.
- Dlaczego chciałeś wziąć te tabletki?
Spuścił głowę. I zaczął opowiadać o wszystkim, co czuł. Bo po raz pierwszy ktoś chciał go wysłuchać. Opisywał ostatnie, najgorsze dni, opisywał emocje, mówił, jak wielką miał chęć umrzeć, zniknąć, nie czuć, uciec od wszystkich, którzy go nienawidzili. Opowiedział mu o wielkim smutku, tęsknocie i osamotnieniu.
Bo chyba najgorszy rodzaj samotności jest wtedy, kiedy wokoło jest pełno ludzi, ale nikt nie chce cię wysłuchać.
Kiedy skończył, poprosił go tylko:
- Czy mógłbyś mi wybaczyć, zanim odejdziesz? Proszę, mógłbyś zapomnieć, o tym co ci zrobiłem? Gdybyś to dla mnie zrobił, byłbym bardzo szczęśliwy.
Nico przyciągnął go do siebie tak, że ich wargi prawie się stykały. Percy zamknął oczy.
- Nie chcę odchodzić - wyszeptał brunet.
I pocałował go delikatnie.
Poczuł rozlewające się po jego klatce piersiowej ciepło, ale nie ośmielił się oddać pocałunku.
- Już dawno ci wybaczyłem, Percy - powiedział brunet. - Bo cię kocham.
"Kocham".
Czy może być coś bardziej pięknego?
Czy może być coś bardziej nierealnego?
- Przecież... - zaczął.
- Wiem. Ale wtedy to ja grałem. Nigdy nie przestałem cię kochać. Nie masz pojęcia, jak za tobą tęskniłem.
Percy miał już tylko jedno życzenie, ale nie śmiał wypowiedzieć go na głos.
- Nico?
- Tak?
- Nie chcę już tej gry. Możemy ją skończyć?
Nico zacisnął usta. Po chwili powiedział:
- Jeśli chcemy skończyć grę, to musisz o czymś wiedzieć.
Ściągnął kurtkę, pod którą miał na sobie tylko koszulkę z krótkimi rękawami.
Całe ręce miał pokryte bliznami, czerwonymi pręgami, a niektóre z nich musiały być naprawdę głębokie.
Syn Hadesa pochylił głowę. Już nie patrzył mu w oczy. Dodał tylko cicho:
- To jeszcze nie są wszystkie.
Potem nie powiedział już nic.
Percy powoli, delikatnie podniósł jego rękę do swoich ust, jakby była kruchą porcelanową rzeźbą. Pocałował lekko ranę na jego przedramieniu.
- To przeze mnie, prawda? - zapytał szeptem.
Nico milczał.
- Przepraszam.
Przez kilka minut milczeli oboje. A potem Percy przytulił go i poprosił blagalnym tonem:
- Nie rób tego nigdy więcej.
Brunet wciąż milczał.
- Jeśli nie przestaniesz, ja zrobię sobie tyle samo. Albo więcej.
- Nie - wyszeptał Nico. - Nie. Nie zrobię tego więcej.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też.
Mówią, że marzenia się spełniają, jeśli tylko trochę się im pomoże. Percy postanowił zaryzykować.
- Nico, wiem, że już dużo dla mnie zrobiłeś - zaczął. - Wybaczyłeś mi wszystko. To, że cię okłamywałem...
- Nie mów już o tym - przerwał mu.
- Dobrze. W każdym razie, nie zasługuję nawet na to, żebyś przyjął moje przeprosiny, ale... Może i jestem głupi, ale bardzo cię kocham, wiesz o tym?
Syn Hadesa pokiwał głową.
- Wierzysz mi, że naprawdę tak jest?
Rozejrzał się. Jego wzrok zatrzymał się na porozrzucanych tabletkach.
- Tak - odpowiedział. Wierzę ci. I ja też cię kocham.
Percy wziął głęboki wdech.
- Więc czy dałbyś mi drugą szansę?
Nico zawahał się.
Syn Posejdona zamknął oczy.
Więc tak to się skończy.
"Marzenia się nie spełniają", pomyślał. Ale w tej samej chwili poczuł ciepło jego ust na swoich wargach i usłyszał ciche "tak".
Przyciągnął go do siebie i odwzajemnił pocałunek. Kiedy skończyli, nie mógł powstrzymać radosnego śmiechu rosnącego mu w piersi.
- Więc to koniec gry? - zapytał Nico z uśmiechem.
- Koniec gry. Bo już nie muszę grać.
Bo miłość nie jest grą.
Miłość potrafi doprowadzić do szaleństwa.
Potrafi zabić.
Ale potrafi uratować skatowane serca.
Miłość nie jest grą.
Miłość jest czymś wspaniałym.
******
No, kochani, a teraz dziękuje bardzo za przeczytanie i proszę o komentarz.
A następne opowiadanie będzie z parringiem, jakiego na tym blogu jeszcze nie było ^^ i wiecie co? To będzie naprawdę ostre opko >:D
A następne opowiadanie będzie z parringiem, jakiego na tym blogu jeszcze nie było ^^ i wiecie co? To będzie naprawdę ostre opko >:D