sobota, 14 lutego 2015

W Domu Śmierci

 Na początku tylko wyjaśnię, że to moja wersja zakończenia Znaku Ateny i treści Domu Hadesa. Mała zmiana w czasie: od uwolnienia Nico z kadzi do rozpoczęcia misji Annabeth w opowiadaniu minął tydzień. A tak w ogóle to dawno mnie tu nie było. Cześć.

******


"- Nie ma ratunku - powiedział głos z ciemności na dole. - Trafię do Tartaru, ale i ty się tam znajdziesz."

"Pułapka bez wyjścia."

"Bardzo twardy upadek."

******
Hazel
******

 Annabeth żyje! Nico też! Mamy Atenę Partenos! Wracamy do domu!

 Bardzo martwiła się o przyjaciółkę. Ledwo się poznały, ale już były nierozłączne. Trudno było im się rozstać, kiedy Ann musiała wyruszyć za Znakiem Ateny. Całe szczęście - udało się jej odnaleźć posąg, który teraz Leo, Frank i Jason usiłowali załadować na pokład. Oczywiście, jej głównym zmartwieniem przez ostatni tydzień było to, czy zobaczy brata żywego. Sama sobie się dziwiła, że głowa jej nie pęknęła z rozpaczy. Już miała wejść na drabinkę, aby dostać się na statek, ale coś ją tknęło. Ze ścian komnaty, w której przebywali, posypał się tynk. Pęknęła posadzka.

 Sen się spełniał.

 Od kilku dni śniło jej się to samo. Wielka otchłań, dwa ciała spadające w nią, Nico stojący na krawędzi wyrwy. Zerwał się do skoku. Wizja się kończyła. Podzieliła się nią tylko z Frankiem. Sny herosów zawsze coś znaczą. Bała się, że tak będzie i tym razem. Przekazała swojemu chłopakowi instrukcje, jak dotrzeć do Wrót Śmierci.

"Zaufałeś mi, kiedy powierzyłeś mi drewienko. Teraz ja ci ufam i powierzam te informacje. W razie czego... Wiesz co robić" - powiedziała mu wtedy.

 Pamiętała, że w jego oczach dostrzegła łzy.

 Zawróciła do ziejącej w ziemi dziury, przed którą stali wcześniej Annabeth, Percy i Nico. Teraz został już tylko jej brat.

 - Ofiary. Cudowne ofiary, by przebudzić boginię - rozległ się głos Arachne.

 Pobiegła do chłopaka. Nico miał ubranie w strzępach, ale ta sama kurtka lotnicza, w której zobaczyła go po raz pierwszy, nadal zdobiła jego ramiona. Klęczał i krzyczał w głąb otchłani:

- Nie! Znajdę jakiś sposób!

- Nico, co się... - spojrzała w dół. - Percy! Annabeth!

 Dwa ciała.

 Spadające.

 Doskonale przewidziała, co powie teraz chłopak.

- Hazel, zaprowadź ich do Wrót Śmierci. Tylko ty wiesz gdzie to jest. I wiesz, co trzeba zrobić - mówił gorączkowo.

 Wiedziała aż za dobrze. Zgadzała się z tym, ale... Nie mogła zostawić go samego.

- Frank też wie o Epirze. Przepraszam, musiałam komuś powiedzieć - dodała szybko, widząc jego minę. - Poza tym miałam sen. Nieważne. Musimy im pomóc. Zanim dotrzemy do nich od drugiej strony, mogą być martwi, szczególnie, że Annabeth i tak już jest wycieńczona.

 Spojrzał jej głęboko w oczy. Czaił się w nich strach, jakby dziwił się: dlaczego to działo się tak szybko?

- Nie chcę stracić drugiej siostry - odpowiedział ponuro.

- Sam sobie nie poradzisz. Tartar pogłębia wszystkie złe emocje dziesięciokrotnie. Znam cię, braciszku - powiedziała z przekonaniem. - Nie wytrzymasz.

- Nie boję się. Wytrzymam. Hazel, nie mam czasu. Muszę... - wstał z kolan. - Muszę ich poprowadzić. Oni... Annab... - zająkał się. - Nie mogą zginąć, rozumiesz?

 Po raz kolejny wspomniał jej imię. Dziewczyna była niemal przekonana, że jej brat zakochał się w córce Ateny. Nie chciała niszczyć mu nadziei, ale ona nie była nim ani trochę zainteresowana. W ogóle, jak mogła zwrócić na to uwagę w takiej sytuacji?!

 Spojrzała ostatni raz na Argo II. Może ostatni raz zauważyła sylwetkę Zhanga krzątającego się po pokładzie. Pożegnała go w myślach i odwróciła się do brązowookiego.

 - Albo pozwolisz mi sobie pomóc, albo pierwsza tam skoczę - rzekła. - To jest straszne, że musimy podejmować decyzję w tak krótkim czasie, nie sądzisz?

 Nico spojrzał na nią z wdzięcznością. Chwycili się za ręce.

- Razem?

- Razem.

 Runęli w przepaść.

 Niewiadomo jak długo później otworzyła oczy. Zobaczyła migające wokół plamy cienia, jakieś spalone przedmioty. Obok niej, nadal głową w dół i z rękoma przy ciele niczym samobójca, leciał Nico. Oczy miał załzawione. Nie dało się stwierdzić, czy to skutek spadania z ogromną prędkością, czy faktycznie płakał. Przemówił cicho:

 - Nie myślałem, że skończę aż tak marnie. Wolałbym się wykończyć, wzywając armię trupów podczas walki. Tymczasem... - westchnął. - Tymczasem rzuciłem się za chłopakiem, który skoczył do Tartaru dla swojej dziewczyny - powiedział gorzko. - I jeszce pociągnąłem za sobą siostrę.

 - Nie zapominaj, po co tu jesteś. Nie umrzemy - odpowiedziała.

 Przypomniała sobie, kiedy ponad dwa miesiące temu widziała go modlącego się w kaplicy Plutona. Nie chciała go podsłuchiwać, sama przyszła poprosić ojca o szczęście dla brata. Nico modlił się, szepcząc po grecku. Hazel mało z tego zrozumiała, szczególnie, że płacz zniekształcał mu głos, ale wystarczająco dużo, żeby się przerazić.

"- Hadesie... Chciałbym tylko, abyś powiedział mi, czy nic szczęśliwego mnie już w życiu spotka? Mam dalej żyć? Czy to ma sens? Nie wolałbyś mnie w Podziemiu, obok twojego tronu? Nie czuję się potrzebny, tu, na górze. Jeśli jednak mam się na coś przydać... Zatrzymaj mnie, kiedy będę chciał to zrobić. Nic nie upokorzy mnie tak, jak tchórzowska śmierć. Każ mi wyruszyć na misję. Chcę kogoś ocalić. A potem... Mogę... Chcę umrzeć."

 To był straszny widok: jej jedyna rodzina. Jej brat. Płakał, klęcząc przed posągiem Plutona. Wyszeptał jeszcze tylko:

"-Σας ικετεύω, ο πατέρας."

 Modlił się o godną śmierć.

 A ona modliła się, aby Hades go nie słuchał.

 Potem widywała go codziennie przez niedomykające się drzwi kaplicy. I była pewna, że nadal prosił o to samo.

 Teraz miała bardzo dużo czasu, aby przemyśleć swoją decyzję. Skoczyła z bratem do Tartaru, pełnego potworów i wszechobecnej śmierci, aby ocalić przyjaciół. Dlaczego? Widziała, w jakim Nico był stanie, kiedy powrócił stamtąd sam. Wędrówka bardzo źle oddziałała mu na psychikę. Nie ujawniał tego przy innych, ale przez kilka nocy słyszała jego szloch, dobiegający z kabiny nr 8. Teraz, gdy ponownie miał znaleźć się w Tartarze, i to w tak krótkim odstępie czasu... Hazel była pewna, że się załamie. Nosił w sobie tyle bólu, który wieczna otchłań miała pogłębić kilkukrotnie. To tutaj tak długo szukał swojej rodzonej siostry -  Bianki. Nie znalazł jej. I jeszcze będzie zmuszony oglądać co chwilę Annabeth w objęciach Percy'ego... Czy byłby ktoś, kogo mógłby poprosić o zwykłe bycie przy nim czy rozmowę? Nie. Gdyby nie wytrzymał presji... Musiała tam być. Traktowała to jako swój najważniejszy obowiązek.

 - Nie jesteś na mnie zły? - zapytała.

- Nie, jestem ci wdzięczny - powiedział z wymuszonym uśmiechem. - Tylko teraz będę się martwił o trzy osoby, nie dwie.

***

 Ała.

 Dobra, mogło być gorzej. To tylko tyłek.

 Sądząc z wrzasku Annabeth, mogło być dużo gorzej.

 Nie było tu jakoś wyjątkowo pięknie. Tartar wyglądał jak dolina pełna wulkanów - wokół nich piętrzyły się góry i skały, a ze szczelin w ziemi ziała czerwona niczym lawa (albo krew) poświata.

 Nico wylądował kawałek od niej. Nic mu się nie stało. Percy też nie wyglądał na szczególnie obolałego, ale był w szoku. Za to Ann...

 - Nie pozwól jej zemdleć! - krzyknął Nico.

 Podbiegł do niej i szybko rozeznał się w sytuacji jak zawodowy lekarz.

- Dobra, wynosimy się stąd. Hazel... Pamiętasz, jak opowiadałem ci o zaginionej rzece Podziemia?

 Pomyślała chwilę. Tak, wiele czasu spędzali razem, kiedy opowiadał jej o Podziemiu. Kiedyś powiedział jej o jedynej rzece w Tartarze z czystą, normalną wodą.

 - Felicis? - upewniła się.

- Tak, właśnie ta. Zaprowadż nas do niej.

  On i Percy pomogli podnieść się Annabeth, a ona szła przodem, kierując się swoim wyczuciem na północny wschód... Chyba. Tutaj wszystko było inne. Czas, kierunek, wszystko odwrotnie.

 Słyszała za sobą pojękiwania przyjaciółki. Nico cały czas mówił do niej, żeby wytrzymała, że już niedaleko. Zaproponował jej, żeby nieść ją na plecach. Chętnie na to przystała. Na pytanie, gdzie jest Percy, odpowiedział:

- Percy jest kilka metrów za nami. Nie martw się o niego, on musi chyba... Trochę się... Rozejrzeć.

 W końcu ujrzała coś na kształt lasu wypalonych drzew z - co dziwne - ogromnymi, brązowymi liśćmi w koronach. Przed nim płynął potok. Według opowiadań syna Hadesa, woda była idealnie czysta i zdatna do picia, ale pełna jadowitych i gryzących ryb.

- Jest! - krzyknęła.

- Słyszysz, Annabeth? Zaraz dam ci wody.

 Ułożył ją na ziemi pod jednym z drzew kilkanaście metrów od brzegu. To jednak nie był potok - Felicis okazała się potężną rzeką. Percy nadal wyglądał jak oderwany z tego świata. Stał na brzegu, nic nie mówiąc.

- Hej - powiedział do niego Nico, nabierając wody do prowizorycznego dzbanka z liścia. - Wiem, że ci ciężko. Ale musisz się przyzwyczaić. Idź do niej. Ona potrzebuje wsparcia, Percy.

 Nareszcie się ocknął. Pokiwał głową i usiadł obok Ann.

 Dziewczyna wypiła wodę jednym łykiem i poprosiła o więcej. Hazel biegała od rzeki do przyjaciółki, podczas gdy syn Śmierci oglądał jej kostkę. Kiedy w końcu Annabeth w pełni odzyskała świadomość i choć trochę sił, zapytał:

- Czy jesteś gotowa, żeby ją nastawić?

- Potrafisz to zrobić? - zdziwiła się nieco.

- Will mnie nauczył. Na trzy.

"A więc w Obozie nie był taki samotny" - pomyślała.

 Złapał odpowiednio jej nogę i zaczął odliczać. Po chwili rozległo się ohydne trzaśnięcie i wrzask.

- Bogowie, to nie pomogło - krzyknęła, po czym skręciła się z bólu.

- Cholera - mruknął. - Solace, dlaczego nigdy cię nie ma, gdy jesteś potrzebny?

 Percy objął ją, jakby dopiero teraz zobaczył, że jest obecna. Jakby teraz dopiero zobaczył, gdzie są. I jakby dopiero teraz uświadomił sobie, co się z nią dzieje.

- Wytrzymaj, skarbie - mówił do niej. - Wytrzymaj. Proszę... Czy możesz jej jeszcze jakoś pomóc? - zwrócił się do bruneta.

 Di Angelo przagryzł wargę. Spojrzał na Hazel, która w lot pojęła, co chce zrobić.

- Nico... Nie rób tego. Nie uważasz, że to trochę za duże poświęcenie? - zapytała, próbując chwycić jego dłoń, którą natychmiast zabrał.

- Nie ma czegoś takiego, jak za duże poświęcenie - powiedział, patrząc na Percy'ego. - Jeśli potrafię pomóc, dlaczego mam tego nie robić?

 Przyłożył palce do jej nogi i wyrecytował:

 - Άδη, ο πατέρας του τον θάνατο και τη δυστυχία, μ 'ακούς έξω. Πάρτε τον πόνο αυτό το κορίτσι και να της δώσει σε μένα. Το θύμα θα πρέπει να γίνουν.

 Patrzyła przerażona, jak po zakończeniu zaklęcia odrzuciło go na parę metrów do tyłu. Podbiegła do niego natychmiast. Pogłaskała go po głowie, mówiąc:

- Nie musiałeś... Ja mogłam to zrobić.

- Nie dam cię skrzywdzić. Nawet jeśli sama tego chcesz.

  Usiadł i skrzywił się. Powiedział cicho, że musi trochę odpocząć i odszedł do lasu.

- Hazel... Co on zrobił? Już prawie wcale nie boli - zapytała Annabeth.

- Jest takie zaklęcie, które może być użyte tylko przez dziecko Hadesa albo Plutona. Kiedy się go użyje, ból z jednej osoby przechodzi na drugą, ale nigdy nie wiadomo, gdzie się umiejscowi. Nico... - westchnęła. - Nico właśnie jakby przejął ból z twojego ciała na siebie.

******
Percy
******

 Nadal nie mógł uwierzyć w to, gdzie są. Nie mógł uwierzyć, że nie sprawdził, czy Ann jest stuprocentowo bezpieczna. Nie mógł uwierzyć, że się poddał. Nie mógł uwierzyć w to, że rodzeństwo Levesque i di Angelo rzuciło się za nimi. Nadal żył jeszcze wydarzeniami sprzed... Nawet nie wiadomo dokładnie ile czasu minęło, odkąd puścił krawędź zbocza. Czuł, że tam coś zostawił. Całe jego życie zostało na skalnej półce. Ale musiał skupić się teraz na przeżyciu i na tym, żeby pomóc Annabeth.

 Och, kochał ją nad życie. Zrobiłby wszystko, aby to ona wyszła z tego cało. Była idealna, przynajmniej dla niego. Uzupełniali się i nie wyobrażał sobie, żeby mógł być z kimś innym. Pragnął spędzić z nią resztę życia. Mieli wielkie plany. Jeszcze tak niedawno śnił o wielkim, greckim weselu... Teraz marzył tylko o tym, żeby była żywa przy jego boku, kiedy się obudzi.

 Tymczasem nie mógł wyrwać się z sennego otępienia. Czy to odziaływanie Podziemia? Być może. Nieco się rozbudził, kiedy usłyszał krzyk ukochanej. Postanowił oddalić od siebie ten zamknięty świat własnych wspomnień i pomóc jej. Tylko, że nie umiał.

 Sam potrafił tylko opatrzyć krwawiący palec, nic poza tym. Gorzko pożałował, że kiedy mama próbowała go nauczyć sztuk pierwszej pomocy, uciekał do pokoju.

 Mama. Kiedy ostatnio rozmawiali? Zostawił jej tylko wiadomość, że u niego wszystko w porządku i żyje. Czy ta wiadomość jutro nadal będzie aktualna? Nigdy nie widział, żeby płakała, ale doskonale potrafił wyobrazić sobie jej rozpacz. Czy byłby ktoś, kto mógłby ją chociaż zawiadomić o jego śmierci?

 Z zamyślenia wyrwał go kolejny jęk Ann. W końcu był w pełni świadomy, co się wokół niego dzieje: Nico nastawił jej kostkę, ale nic to nie pomogło. To, co działo się później, dziwnym sposobem zrozumiał, choć pojęcia nie miał o magii.

 Nie mógł wydusić z siebie słowa, kiedy Hazel wyjaśniała Annabeth, co zaszło. Czy on zdobyłby się na takie poświęcenie? Powinien chociaż podziękować Królowi Upiorów, choć co to zwykłe podziękowanie w obliczu tego, co zrobił?

 - Annabeth, pójdę mu coś powiedzieć, dobrze?

- Może lepiej nie - zaprotestowała Levesque. - On teraz chciałby pobyć trochę sam.

- Bogowie, szkoda, że nie zdążyłam mu podziękować za to wszystko - odezwała się córka Ateny.

 Hazel nie odpowiedziała.

 Nico był ciekawym człowiekiem. Percy lubił go, ale zawsze w jego obecności czuł wyrzuty sumienia. Mimo, że syn Hadesa zapewniał, że nie obwinia go za śmierć Bianki... Nie za bardzo mu wierzył. To skryty chłopak, ale szczery i szlachetny. Kiedy urządzili sobie ucztę na Argo II został w pokoju, wymawiając się bólem głowy, ale syn Posejdona sądził, że nie chce psuć atmosfery swoją mroczną aurą. W czasie bitwy pod Empire State Bulding bardzo pomógł, wzywając armię trupów, ale mało kto o tym pamiętał. Powinien na zawsze zapaść w pamięć półbogów z Obozu Herosów! Tymczasem chyba tylko on sam, Percy, Anabeth, Will, Clarisse i Chejron o tym pamiętali. To niesprawiedliwe. Zasłużył na coś więcej, niż dwa dni sławy.

 Percy szczerze mu wspólczuł, bo nie spotkał nigdy człowieka po tylu przejściach, który nadal pozostaje honorowy. On miał już tylko swoją przyrodnią siostrę. Podróżował między dwoma obozami, ale chyba w żadnym nie czuł się dobrze. Może nie jest świadomy, ilu ma przyjaciół? Odsuwa się od nich, dopuszczając czasami do swojego świata tylko siostrę. Czy można go określić mianem użalającego się nad sobą dzieciaka? Może i się użala, ale nie publicznie. I może nawet dla innych zachowuje się jak dzieciak, ale czy to nie oni są dzieciakami? Nie, dla Percy'ego nigdy nie będzie "inny", nie będzie "wyrzutkiem" ani "bachorem". On nie potrzebuje litości i nie zasługuje na wyzwiska. Nikt nie rodzi się zły, może tylko stać się złym. I mimo całego cierpienia, jakiego ten chłopak doznał w swoim życiu, pozostał po dobrej stronie.

"Każdy geniusz może popełnić błąd, każda kobieta może zabić, każdy heros może się załamać, każdy mężczyzna może zapłakać" - powiedziała mu kiedyś Annabeth. To były jedne z jej najmądrzejszych słów, nawet, jeśli jest córką Ateny i stale wygłasza swoje mądrości. Ale to... To dało mu do myślenia.

 Wypowiedziała te słowa kiedyś po kolacji w Obozie. Siedział wtedy nad jeziorem, przyglądając się odbiciu księżyca w zwierciadle wody. Nie pamiętał już, dlaczego wtedy był przybity. Pamiętał tylko jej szare oczy i malinowe usta, które pocałował z wdzięcznością.

 Spojrzał na nią. Zasnęła z głową opartą o jego ramię. Miała brudną twarz, podziurawione ubranie i potargane włosy, w których nadal tkwiły srebrne nitki pajęczyn. Pomyślał, że nigdy nie wyglądała tak pięknie.

 Hazel również spała na piasku, kilka metrów od nich. Nico nadal był sam w lesie. Wszystko ucichło, tylko woda w Felicis ciągle szumiała. Zrobił się tak dziwnie senny...

 Zdawało się, że minęło tylko kilka minut, kiedy obudził go plusk wody i stłumiony krzyk. Annabeth nie było przy jego boku.

 Zerwał się na równe nogi i rozejrzał się. W rzece coś się szamotało. Podbiegł bliżej, wołając wszystkich po imieniu. Pojawiła się tylko córka Plutona. Błysnęło coś czarnego. Po chwili w wodzie rozlała się... Krew.

 Percy mimo tego, że był synem Posejdona nie chciał tam wskoczyć. Tylko raz bał się wody: po tym, jak wciągnęło go bagno zwane muskeg. Prawie się udusił. Teraz to wspomnienie wróciło i sparaliżowało go. Mógł tylko stać i patrzeć w toń. Byli pod wodą zdecydowanie zbyt długo, jak na kogoś, kto nie potrafi pod nią oddychać.

 Nagle z rzeki wystrzeliło ciało Annabeth. Była nieprzytomna. Miała tylko maleńką bliznę na szyi, ale - dzięki bogom! - nic jej się nie stało. Obok niej pojawił się Nico. Na czole miał dużą, dosyć głęboką ranę. Przyciągnął dziewczynę do siebie i wiosłując ręką dobił do brzegu.

 Wreszcie dotarło do niego, że zachował się jak idiota. Dlaczego nagle wystraszył się uduszenia?! Przecież tam była Ann! A co gdyby Nico jej nie pomógł? Gdyby nadal spał w lesie? Wtedy mogłaby zginąć przez tchórzostwo swojego chłopaka!

 Wściekły na siebie i z mocnym postanowieniem podziękowania synowi Hadesa, wyciągnął oboje z Felicis. Annabeth rozkaszlała się, a Nico zamarł na moment, łapiąc się za lewą pierś.

- Nico! - wykrzyknęła Hazel, obejmując go mocno. - Co tam się stało?

 Chłopak syknął z bólu. Po chwili opowiedział, co zaszło.

 Tak naprawdę nie spał, tylko pełnił nocną wartę, choć wiedział, że nie jest zbyt potrzebna. Nie mógł zasnąć, ot co. Nagle zobaczył Ann. Próbowała napić się wody, ale coś złapało ją za rękę i wciągnęło pod wodę. Niewiele myśląc, rzucił się za nią. Felicis wbrew pozorom jest bardzo głęboka. Ten stwór, który wciągnął ją do rzeki, nie chciał puścić i Nico musiał stoczyć podwodną bitwę: macki, haczyki, szpony i trucizna przeciw mieczowi. Popchnął nieprzytomną do góry, a sam próbował wyswobodzić się z macek potwora. Gdy już stracił nadzieję i ostatkiem sił dźgał  na oślep, trafił go w oko. Jakimś cudownym sposobem wyłonił się z głębiny i "tak oto tu jesteśmy", jak zakończył opowieść.

 Percy podejrzewał, że wydarzenia sprzed kilku minut były dużo bardziej dramatyczne, niż opisał je Nico. Nie lubił się chwalić. Teraz sprzeczał się z siostrą:

- Nic mi się nie stało. Nie jestem ranny, Hazel.

- Jesteś, już widzę. Zdejmij z siebie tą cholerną kurtkę, chcę cię obejrzeć!

- Nic mi nie jest. Przestań panikować! - wykrzyknął, kiedy Hazel spróbowała mu siłą zdjąć ubranie. Udało jej się. - Widzisz? To tylko drobne rysy na rękach.

- Koszulka.

- Nie.

- Nico, proszę.

 To na niego podziałało. Nikomu, kto prosił, nigdy nie odmówił. Nieco zarumieniony, ściągnął kolejny element garderoby.

 - Na wszystkich bogów, Nico!

 Przez cały jego tors, od lewej piersi do pępka, przebiegała czerwona linia. Nie tak głęboka, jak blizna na czole, ale wyglądała poważnie.

- Chciałeś to przede mną ukryć?!

- Nie chciałem cię matwić.

 Rzymianka pocałowała go w policzek.

- Ty głupcze. - Miała łzy w oczach. - Nie waż ruszyć się z miejsca.

 Podbiegła do drzew, szukając czegoś wśród korzeni. Półnagi Nico położył się na plecach, ciągle łapiąc się za serce.

 Annabeth zapytała Hazel, czy jej nie pomóc. Była już w całkiem niezłym stanie, ale nadal potrzebowała odpoczynku. Mokra od stóp do głów patrzyła na rodzeństwo, wtulając się w Percy'ego.

- Chciałam tylko napić się wody - powiedziała. - Gdyby nie on... Byłabym martwa.

 Tymczasem córka Plutona objawiła swoje zdolności lekarskie. Przemyła rany swojego brata i wysmarowała je szarawą mazią zrobioną z kory drzew i wody, mimo jego protestów. Pewnie dość dobrze znała się na roślinności Hadesu.

- Czarownica - mruknął Nico.

- Kumpel Śmierci - odburknęła. - Za karę siedzisz tu, dopóki ci nie powiem, że możesz się ubrać. To musi zadziałać.
R
- Świetnie - westchnął. - Hazel, po co ta cała szopka? Wytrzymałbym i bez tej mazi.

- Doprawdy? A może powiesz mi, dlaczego wciąż łapiesz się za serce?

 Nie odpowiedział.

 Zapytała go o coś bardzo cicho, ale Percy to usłyszał:

- Tam umiejscowił się ból?

 Spojrzał jej głęboko w oczy. Nie musiał nic mówić.

 Spróbowała chwycić go za rękę, ale on tak jak i wcześniej zabrał ją. W jego spojrzeniu było coś nowego, jakby... Gniew. Czyżby wiedział, że Percy usłyszał pytanie?

- Zostawcie mnie samego.

 Wszyscy bez słowa wypełnili jego prośbę.

 Nadal zastanawiało go to, co dostrzegł w oczach chłopaka. Był zły, bo...? Hazel starała się mu pomóc? Był zły na Ann, że dała się wciągnąć do wody? Czy może najsensowniejszy powód - był zły na niego, że mimo swoich umiejętności zostawił go pod wodą, sam na sam z potworem? Od dawna zbierały się powody, dla których trzeba podziękować synowi Śmierci, a teraz dołączają się powody, aby go przeprosić. Postanowił, że jak tylko trochę wydobrzeje, porozmawia z nim.

 Usiedli całą trójką w kręgu, najwyraźniej zgodni co do tego, że trzeba pogadać. Pierwsza odezwała się Chase, jak zwykle myśląca logicznie i żądna liczb:

- Jakie mamy szanse na wydostanie się stąd?

- Jakieś dziewięćdziesiąt procent - odparła Hazel. - Tak naprawdę jedynym niepewnym punktem są potwory.

- I stan zdrowia twojego brata - wyrwało mu się.

- Ej, nie jest tak źle. Przecież Pani Uzdrowicielka ujawniła swe tajne moce. - Ann uśmiechnęła się.

- No tak, ale Percy'emu chyba nie chodziło o fizyczny stan zdrowia, prawda? - zapytała dziewczyna.

 Pokręcił głową.

- To pod tym względem jest bardzo źle.

 Świetnie. Wspaniale. Wprost doskonale. A najgorsze jest to, że odczuwał coraz większe wyrzuty sumienia.

- Ale dlaczego Tartar działa tylko na niego? Przecież chyba wszyscy oprócz Nico czujemy się całkiem dobrze - zauważyła blondynka.

- No nie wiem, kochanie - odezwał się w końcu. - Przez jakiś czas czułem się gorzej od niego. Wtedy, kiedy zostałem w tyle... - wziął głęboki oddech. - Czułem się, jakby otoczyły mnie takie... Ściany. Ściany z najgorszych wspomnień. A kiedy prawie się utopiłaś...

- Ale się nie utopiłam - wtrąciła.

- Wtedy - mówił dalej - przypomniałem sobie, jak ja byłem bliski uduszenia. Wciągnęło mnie to okropne bagno...

- Muskeg - podpowiedziała Rzymianka.

- Tak, muskeg. Ann, ja potem bałem się pływać. Oczywiście to minęło. Ale jeszcze przed chwilą... To powróciło.

- I tak oto w skrócie działa Tartar - podsumowała Hazel.

- Percy... Nie wiedziałam.

 Wpatrywała się w niego swoimi przejrzystymi oczyma, a on czuł się, jakby skanowała jego duszę. Wstydził się jak nigdy. Wiedział, że można mieć dużo dziwniejsze lęki i bardziej wstydliwe wspomnienia, ale... Syn Posejdona boi się pływać. Żałosne.

- Dobrze, ale nie o tym chyba chcieliśmy pogadać - powiedział. - Musimy pomóc Nico.

- Nikomu nie jest tak trudno pomóc, jak mojemu braciszkowi - westchnęła Hazel.

- Ym... Wróćmy jeszcze na moment do działania Podziemia na człowieka - zaproponowała Annabeth. - Jesteście dziećmi Hadesa, prawda? Podziemie powinno was wzmacniać. Więc...

- Tak, ja czuję się wyśmienicie - zaczęła. - Ale dlaczego Nico wręcz przeciwnie, o to chcesz zapytać? No więc posłuchajcie. Nie minął tydzień, odkąd Nico był ostatni raz w Tartarze. Już za pierwszym razem... - uniosła oczy ku górze, jakby usiłując sobie coś przypomnieć. Sprawiała wrażenie, że zaraz się rozpłacze. - On był tak załamany, jak jeszcze nigdy. Starał się to przed nami ukryć, zresztą jak zawsze. Ale wtedy... On nigdy o nic mnie nie prosił. Tamtego dnia to ja musiałam być starszą siostrą. Poprosił mnie...

- Hazel, poczekaj - Ann chwyciła jej dłoń, żeby dodać jej otuchy. - Jeśli masz nam wyjawić jakiś jego sekret, to nie rób tego.

- To nie jest żaden sekret. Tylko jak o tym pomyślę, to... Po prostu to nie było w jego stylu. Przyszedł do mojej kajuty i poprosił, żebym została, dopóki nie zaśnie. Jak małe dziecko. Był taki smutny... Załamany... Nawet płakał przez sen. Teraz, kiedy minęło tak mało czasu, a on znów tu jest... Boję się, że będzie jeszcze gorzej. Narazie chyba nie jest aż tak tragicznie, ale za kilka dni... Wybaczcie mu, jeśli będzie, hm, niedyspozycyjny.

 Percy nienawidził, kiedy ktoś mu bliski płakał przy nim. Nigdy nie miał talentu do pocieszania. Panna Levesque wyglądała upiornie, kiedy na jej twarz padały cienie drzew rosnących nieopodal. Była ładną, mądrą dziewczyną. Co prawda nie w jego typie, ale Frankowi się poszczęściło.

- Dobrze, nie ma sprawy - powiedział. - Ale chcemy mu przecież pomóc. Jak to zrobić?

- Nie chce z nikim rozmawiać, to źle - odpowiedziała. - Ale zmuszać go do tego będzie jeszcze gorzej. Z drugiej strony, może lepiej go zmusić, niż...

- Hej, uspokój się. - Annabeth objęła przyjaciółkę ramieniem.- To tak nie działa, przecież wiesz.

- Znajdzie się ktoś głodny?

 Z ogromnymi rybami w obu rękach, nadal bez górnej części stroju, szedł ku nim Nico.

 W ciągu tych lat jego sylwetka uległa poważnym zmianom. Gdyby był normalnym nastolatkiem, niebiorącym udziału w bitwach na miecze czy nietrenującym wspinaczki, sztuk walki, pływania... Chociaż nie, on tego nie trenował. On po prostu był zmuszony to umieć, żeby przeżyć. Na rękach było widać już dosyć wyraźny zarys mięśni, podobnie jak na całym torsie. Był zadbanym chłopakiem, może z wyjątkiem włosów. Dlaczego jeszcze nie miał dziewczyny?

 - Stary, jeśli mógłbyś pomóc mi z ogniem... - powiedział, stając przed nim. Spojrzał na swoją siostrę. - Hazel?

- Możesz już się ubrać - wydusiła, ocierając ukradkiem łzę.

- Chodź, powiesz mi, o co chodzi.

 Gdy się oddalili, Percy uzbierał trochę suchych gałęzi i z drobną pomocą Ann rozpalił ogień, obserwując rodzeństwo. Hazel mówiła do swego brata, a on tylko patrzył na swoje stopy. Na koniec uniósł głowę i powiedział jej kilka słów. Nic z tej rozmowy nie usłyszał, ale podejrzewał, że dziewczyna wyjawiła mu wszystkie swoje wątpliwości. Co odpowiedział jej Nico - nie miał pojęcia.

 Okazało się, że z podziemnych potworów rzecznych można zrobić wspaniały posiłek. Wspaniały był oczywiście dla nich, bo ryby były prawie bez smaku. Ale to zawsze jest jedzenie. W Tartarze. To cud.

 Podczas obiadu panowała drętwa atmosfera. Percy wkońcu zebrał się na odwagę zapytał Nico:

- Czy możemy porozmawiać?

******
Nico
******

 "Czy możemy porozmawiać".

 Już przed kilkoma minutami rozmawiał, a raczej słuchał monologu siostry. Dostał przez to cholernych wyrzutów sumienia. Strasznie nie lubił, kiedy ktoś się o niego martwił.

 A teraz Percy. Nico poczuł ulgę, że ma na sobie koszulkę.

 Weszli do lasu, idąc przez chwilę w milczeniu. Wcisnął dłonie w kieszenie spodni. Dawno nie czuł się tak zły. Na siebie, oczywiście.

 Przysięgnął, że nie da jej skrzywdzić nikomu. To jego jedyna siostra. Jedyna rodzina, jedyna osoba, jakiej w pełni ufa. Teraz ma się martwić o niego? Nie mógł sobie wybaczyć, że dał do zrozumienia, że cierpi.

 A ból był nie do zniesienia, nawet po lekarstwie. Usiłował nie dać tego po sobie poznać. Nie udało się. Ta mała, kochana czarownica zauważy wszystko. Z ranami było całkiem nieźle. Najgorsze były bóle w sercu. Jakby jakaś niewidzialna siła zrobiła sobie z niego tarczę do lotek, potem wyrywała ją ze ściany, rozszarpywała na strzępy, po czym przypinała ponownie do ściany i jakby nigdy nic, zaczynała rytuał od nowa. Właśnie trwała faza rzucania lotkami.

 I ten ból nie ograniczał się do fizycznego. Przywoływał też wspomnienia. Szczególnie często widział słodką, piegowatą twarzy Bianki w popołudniowym słońcu Wenecji.

 Zauważył, że Percy wpatruje się w niego oczekująco. Zapytał więc:

- Co mówiłeś? Przepraszam, zamyśliłem się trochę.

Syn morza westchnął.

- Często się ostatnio zamyślasz, co?

- Może. - Nico wyjął ręce z kieszeni. Matka zawsze uczyła go kulturalnego zachowania w trakcie rozmowy. - O co chodzi?

- Chciałbym ci podziękować - uśmiechnął się.

- Za co niby?

- Za to wszystko co zrobiłeś dla Annabeth. No, w końcu rzuciłeś się za nią do...

- Nie zrobiłem nic dla niej, Jackson.

 Mimowolnie zacisnął pięści. Dlaczego ten idiota niczego się nie domyśla? Poza tym nadchodziła nowa fala bólu, ale spróbował skoncentrować się na rozmowie.

- Przeniosłem ją przez kawał Tartaru na plecach, racja - mówił. - Użyłem tego cholernego zaklęcia, żeby jej pomóc...

- I uratowałeś ją, kiedy ja stałem jak kretyn nad brzegiem rzeki, patrząc, jak walczysz - przerwał mu. -Musisz mnie nieźle nienawidzić. Moim zdaniem powinieneś, w końcu przeze mnie...

- Myślałem, że sprawę z Bianką już sobie wyjaśniliśmy. - Ból stawał się coraz bardziej uciążliwy, a rozmówca irytujący. -  W ogóle, jak możesz sądzić, że osoba, która jest gotowa poświęcić życie dla ciebie, nienawidzi cię?

 Czuł się, jakby klatkę piersiową rozszarpywał mu sęp. Odruchowo powędrował ręką do lewej piersi. Miał nadzieję, że uda mu się ukryć ten okropny sekret. Ale była to nikła nadzieja. Wszystkie duchy, nawet sam Tartar jako osoba boska - wręcz słyszał ich przytłumione śmiechy. To oni kierowały marzeniami sennymi tak, żeby pokazywały najgorsze wspomnienia, i to oni wpływali na jego wolę. Usiłował z nimi walczyć, ale to jak walka z halucynacjami, schizofrenicznymi głosami. Kazały mu się załamać.

- Bo widzisz, to wszystko zrobiłem dla ciebie. Nie mógłbym patrzeć, jak cierpisz, widząc jej ból.

- Ale... Myślałem, że ją...

- Nic mnie nie łączy z Annabeth! - wykrzyknął. - Tylko nie chciałem, żebyś ty się zamartwiał! Rozumiesz?!

 Był wściekły na wszystko. Na swoje serce, że musi tak boleć akurat teraz. Na to, że musi tu być sam na sam z Percy'm. Na niego trochę też, że nigdy niczego się nie domyślił. Na samego siebie, że zaczął się wykłócać. Na upiornie złośliwe dusze, szepczące mu, aby się poddał. I na to, że nie potrafił powstrzymać łez przez to cholerne kłucie w piersi.

- Ale dlaczego to robisz? - zapytał Percy, patrząc mu w oczy. Był śmiertelnie poważny. - Ej, Nico, wszystko w porządku?

- Oczywiście - otarł łzę i ze wszelkich sił próbował nie upaść. - W jak najlepszym.

- Więc? - zapytał ponownie. - Dlaczego?

 "Kiedy w balonie jest za dużo powietrza - powiedział mu kiedyś Hades - ten balon pęka. W powietrzu jest wiele ludzkich sekretów. Jeśli i ty skrywasz ich za dużo, również wkrótce pękniesz."

 Teraz marzył tylko o tym, żeby odejść głębiej w las i samemu przetrwać ten atak. Zaś od lat marzył o tym, żeby wypowiedzieć te słowa, które wypłynęły z jego ust:

- Dlatego, że cię kocham, Percy.

 Dłużej już nie mógł się powstrzymać. Pobiegł między drzewami, zostawiając chłopaka za sobą. Chciałby zostawić też ból, lecz on towarzyszył mu, podczas gdy zmęczony przysiadał na trawie, gdy próbował przetrwać atak, gdy bezsilnie opadał na ziemię.

 Zobaczył jak przez mgłę swoją matkę, uśmiechającą się porozumiewawczo do Bianki. Zobaczył piękne kamienice i sklepiki Wenecji, popołudniowy spokój nad Canale Grande. Zobaczył mantikorę na ośnieżonym klifie, patrzącą prosto na niego i Biankę, która otaczała go ramieniem. A potem ujrzał najgorszy moment swojego życia: jej śmierć. Zacisnął mocniej powieki, spod których wyciekło jeszcze więcej łez. Złapał się za głowę. Chciał, żeby ten potok wspomnień już przestał płynąć. Pragnął za wszelką cenę go zatrzymać, tak jak za wszelką cenę chciał ocalić siostrę i przyjaciół.

- Proszę, wystarczy już. Zostawcie mnie! - wrzasnął, wbijając paznokcie w skórę głowy.

 Ujrzał mglistą postać, szarawą zjawę o twarzy jego przyrodniej siostry, błąkającą się po Podziemiu. I kiedy otwierała usta, żeby coś powiedzieć, jej obraz zastąpiła scena z jednego z dni pobytu na Argo II. Wszyscy byli zadowoleni, nawet Leo, który jako jedyny nie miał swojej drugiej połówki na statku, cieszył się żeglugą. Właśnie takie momenty sprawiały, że czuł się niepotrzebny i strasznie samotny.

 Zobaczył dzień, w którym Will uczył go pierwszej pomocy, w tym nastawiania skręconych kończyn. Potem jeden z niewielu poranków, kiedy przebywał w Obozie Herosów. Solace przysiadł się do jego stolika i żartowali jak starzy przyjaciele. Jeszcze kiedy indziej wybrali się na spacer. Przystanęli nad jeziorem i po prostu na siebie patrzyli. I po raz pierwszy pomyślał, że to, co powiedział Percy'emu, było nieprawdą.

 Następnie w jego mózgu zapanowała ciemność. Przyjemna pustka. I kiedy myślał, że to już koniec, poczuł rozdzierający ból w klatce piersiowej. Zobaczył siebie, idącego po raz pierwszy przez Tartar, w rozdartej koszuli, z brudną, wymizerowaną twarzą. Ciągle czujnie unosił miecz. Nagle brzuch przeszył mu złoty oszczep.

- Nie! - krzyknął. - To nie jest moje wspomnienie!

 Umysł wypełnił mu teraz obraz śmiejących się Percy'ego i Annabeth. Pocałowali się przeciągle.

- Odejdźcie - wydusił zachrypniętym głosem. - Błagam.

 Tak bardzo chciał pójść teraz do innych, podzielić się tym, co widział; chciał pocieszenia, po prostu pomocy. Ale jednocześnie okropnie wstydził się o nią poprosić. Tak rzadko prosił. Łzy nie chciały przestać płynąć.

 W końcu podniósł się powoli. Przegrał z samym sobą. Nie potrafił się pozbierać. Potrzebował pomocy, ale nie mógł sobie tego wybaczyć. Szedł na trzęsących się nogach, ze spuszczoną głową w kierunku skraju lasu. Przed oczami nadal miał śmierć Bianki. Ten jeden krótki moment, najstraszliwsza chwila, jaką przeżył i najdoskonalej zapamiętał.

 Dotarł do ostatnich drzew dzielących go od rozległej plaży i Felicis. Hazel leżała, patrząc w górę. Pewnie się o niego martwiła. Po raz kolejny poczuł wstyd, że zaraz zasmuci ją jeszcze bardziej.

- Cześć, siostrzyczko - powiedział przez ściśnięte gardło. - Mogę zostać na trochę?

- Nico? - Usiadła natychmiast, jakby czekała na niego, ale na moment zwątpiła i się położyła. - Nico...

 Zauważyła mokre ślady na jego twarzy. Usiadł obok niej, a ona, jak dobra matka, przytuliła go do serca, nie pytając o nic. Rozszlochał się na dobre.

- Miałaś rację - łkał, wtulając twarz w miękki materiał jej swetra, pachnący jeszcze korzennymi przyprawami. - Nie dam rady. Nie wytrzymam. Boję się, Hazel.

 Płakał jej w ramię, co przyniosło mu odrobinę ulgi. Podniósł na moment wzrok.

 Percy i Annabeth, leżący kilka metrów dalej, wszystko obserwowali. Widzieli jego mokrą od łez twarz. Słyszeli jego szloch.

 Schował głowę w objęcia Hazel. Czuł, że oblewa się piękącym, wstydliwym rumieńcem. Oni wszystko widzieli! Zaszlochał ponownie.

- Uda nam się - oświadczyła. - Jestem tu, Nico. Jestem, braciszku.

  Nie chciał niczego więcej, niż jej obecności. Była taka dobra. Po prostu była. Z jego ust popłynęły kolejne słowa:

- Nie chcę już... Niech one mnie zostawią...

- Kto? - zapytała.

- Duchy.

 Usłyszał ciche, powolne i jakby niepewne kroki. Jak kroki ojca, który chce sprawdzić, czy u jego dziecka wszystko w porządku. Poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Zmarszczył brwi.

 - Nico... - zaczął Percy.

- Percy, to nie jest dobry moment - powiedziała stanowczo Hazel.

- Ja tylko chciałbym... - westchnął cicho. - Przepraszam, jeśli to ma związek ze mną.

 Nico zacisnął pięści. Poczuł, że dłoń chłopaka ześlizguje się powoli z jego ramienia. Nagle wstał.

- Nie waż się przepraszać za coś, co nie jest twoją winą! - wykrzyknął.

 Percy stał na przeciwko niego nieco przestraszony jego nagłym wybuchem. Ale chciał go wysłuchać.

- "Przepraszam" to zbyt ważne słowo, żeby używać go bez powodu - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Wiem, że nadal myślisz, że spowodowałeś śmierć Bianki. To nieprawda. - Oczy znów zrobiły się wilgotne na wspomnienie siostry. - To wszystko, co musiałem przeżyć... To wydarzyło się w moim życiu. Więc to ja jestem przyczyną. To moja wina. I naprawdę, nienawidzę siebie za to, co do ciebie czułem. - Po policzkach popłynęły kryształowe łzy. - Ale to jest tylko i wyłącznie moja sprawa, że ja... się w tobie...

 Nie potrafił dokończyć. Już chciał pobiec gdzieś, po prostu przed siebie albo w las, kiedy Percy złapał go za rękę.

- Jesteś najodważniejszym herosem, jakiego w życiu spotkałem.

 I przyciągnął go do siebie pozwalając, żeby Nico wtulił się w jego bluzę i płakał.

 A potem, no cóż, niewiele pamiętał. Zasnął. Nie nękały go wizje.

 Obudził się obok siotry. Usnęła z głową na jego piersi.. Percy i Ann ułożyli się do snu tuż obok niej. Spali spokojnie wszyscy troje. Nico poczuł radość, że choć przez te kilka godzin byli bezpieczni.

 Coś jednak mu nie pasowało. Skupił się. Nie zobaczył nic niezwykłego, ale wyczuł wibracje w ziemi, jakby zbliżała się potężna armia wojowników.

 Rozejrzał się. Oprócz drzew za ich plecami, dwóch gór piętrzących się po obu stronach obozowiska, pokrytych krwawymi bliznami lawy i lśniącej wstęgi Felicis nie było wiele do oglądania. Nagle usłyszał szmer, ale nie taki jak przyjemny szelest wody spływającej po kamieniach. To był szmer dziesiątek głosów, jak pobożny śpiew tysiąca rosłych mężczyzn albo długi, przerażający okrzyk wojenny. Zrozumiał, co się ma stać. I wiedział, że będzie musiał załatwić to sam.

- Hazel - wyszeptał, potrząsając lekko jej ramieniem. - Hazel?

- O co chodzi? - zapytała zaspanym głosem.

- Hazel, słuchaj mnie uważnie - mówił gorączkowo. - Nie ruszajcie się stąd. Tylko tu moja zasłona będzie działać. Nie próbujcie mi pomóc.

 Zmarszyła brwi.

- O czym ty mówisz?

- Przykro mi, że będziecie musieli na to patrzeć. - Zauważył cień między górami, przesuwający się powoli w ich stronę. - Ale nie mam wyboru. Po prostu musisz tu zostać i dopilnować, żeby oni też się tu byli. Nie próbuj przekroczyć bariery.

- Nico, co ty znowu... - przerwała na moment. Również zauważyła cień na zachodzie. - Nie. Nie zrobisz tego.

- Kocham cię, Hazel.

 Podniósł się z kolan i jednym machnięciem ręki przywołał zasłonę z dymu i cienia, otaczającą cały skraj lasu. Nikt ich nie zobaczy, ale oni będą widzieli wszystko.

 Wyszedł na spotkanie przeciwnikowi. Nie spodziewał się aż takiej potęgi.

 W pierwszych szeregach szły kościotrupy, za nimi harpie o szkaradnych twarzach i brudnoszarych piórach. Nieco dalej wlekli się trzymetrowi cyklopi oraz setka innych stworzeń, których nie potrafił nazwać. Nie bał się ich. Jednak przeszedł go dreszcz, gdy zobaczył, kto dowodzi tym legionem.

- Witaj, Księciu Ciemności!

 Na czele szedł - a raczej unosił się - nadnaturalnie wysoki duch, mieniący się fioletowo-srebrną poświatą. Nad głowami cyklopów zamigotały sylwetki innych zjaw. Zachichotały.

- Miło było się tobą bawić - powiedział.

 Nico poznał ten głos. To on najczęściej przemawiał w jego głowie. To on przypominał mu chwile spędzone z Bianką. To ten głos śmiał się najgłośniej, gdy rozmawiał z Percy'm.

 Zmarszczył brwi. Jego oddech zamienił się w parę. Ziemię wokół stóp pokrył szron. Zrobiło się przeraźliwie zimno. I cicho.

- Jak śmiałeś... - zaczął.

- Jak śmiałem wedrzeć ci się do umysłu i bawić się twoimi uczuciami? - zaśmiał się. - I co dalej? Naskarżysz tatusiowi?

- Nie potrzebuję ojca, żeby cię pokonać.

 Poczuł mrowienie w palcach. Chętnie zacisnąłby je na gardle zjawy. Spostrzegł, że około siedem czy osiem metrów nad nim wznosiło się coś w rodzaju lodowego dachu, który sam nieświadomie wyczarował.

- Czego chcesz? - zapytał, wyjmując miecz z pochwy.

- Czego chcę? Żywię się bólem i tajemnicami. - Uśmiechnął się upiornie. - Chcę zabrać ci wszystko co masz.

- Nie możesz mi nic zabrać, bo nic nie mam - odpowiedział syn Hadesa. - Ale jeśli chcesz sekretów i cierpienia... - wziął głęboki, powolny oddech, jakby zaraz miał zanurkować. - To je sobie weź.

 I wrzasnął nagłośniej, jak potrafił. Jego gniew eksplodował. Ziemia wybuchła.

 Pod zamkniętymi powiekami przewijały się wszystkie chwile, które widział już wczoraj - od Bianki nad Canale Grande po pocałunek Percy'ego i Annabeth oraz spacer z Willem. Był świadom, że mimo zasłony przyjaciele wszystko to widzą.

 Kościści wojownicy z pierwszych szeregów rozpadli się w pył. Cyklopi łapali się za głowy, duchy latały wte i spowrotem jak opętane.

 Gdy skończyło mu się powietrze w płucach otworzył oczy i odetchnął. Miał za plecami armię szkieletów, a przed sobą oszołomionego wroga. Uśmiechnął się mściwie. Uniósł miecz nad głowę.

- Nie! - krzyknął chrapliwie duch.

 Wbił ostrze w ziemię, a symbol Hadesa na rękojeści zalśnił srebrzyście. Szkielety ruszyły do ataku. Co chwilę pojawiało się więcej i więcej potworów, piekielnych ogarów, harpii, duchów - wszystkie po jego stronie. Zyskały przewagę liczebną, bo harpie i niektóre kościotrupy z przeciwnej armii... uciekły. Legion Nico radził sobie doskonale, zmieniając wrogów w złoty pył, ale przywódcę nieprzyjaciół pragnął zabić osobiście.

 Nagle poczuł, że się unosi. Nie, nie zamienił się w cień czy co tam - na plecach urosły mu ogromne, kruczoczarne skrzydła. I już miał wrzasnąć z wściekłości na ojca - chciał pokonać ducha sam - ale poczuł, że serce już wcale go nie boli. Do tej pory zawsze czuł chociaż lekkie kłucie. Teraz ból ustał całkowicie. Zrozumiał, że to nie jest prezent od Hadesa. Wzbił się w powietrze, kosząc mieczem harpie i duchy, aż dotarł do dowódcy wrogiego legionu.

- Nie uda ci się. - Duch parsknął śmiechem, a przynajmniej wydał dźwięk do tego podobny. - Sam to wczoraj przyznałeś. Nic nie znaczysz. Boisz się.

 Gniew Nico ponownie osiągnął niebezpiecznie wysoki poziom.

- Jestem Nico di Angelo - powiedział. - Syn Hadesa. To ja kontroluję duchy, a nie one mnie.

 Przebił mu pierś stygijskim ostrzem. Upiór rozleciał się w proch.

 Wszystkie kości i potwory wokół niego dosłownie rozpłynęły się w szarawą mgiełkę. Szczęk oręża i  okrzyki ucichły. Nagle chłopak stracił siłę, aby dalej unosić się w powietrzu. Upadł z kilkunastu metrów na ziemię.

 W pierwszej chwili przestraszył się nie na żarty. Nie mógł złapać oddechu. Wygrać bitwę, zginąć od uduszenia. Gratulacje. Na szczęście kilka sekund potem płuca wypełniło mu powietrze. Usłyszał daleki krzyk Hazel:

- Nico! Nic ci nie jest?

 Nie, czuł się wspaniale. Nie czuł żadnego bólu. Czuł radość. Tylko nie miał siły odpowiedzieć.

 Po chwili cała trójka podbiegła do niego.

- Nico, stary! - Percy patrzył na niego z podziwem w oczach. - Przecież... Armia... Tysiące... Potwory... - Był w ciężkim szoku. - Jak?! To było niesamowite!

- Racja - zgodziła się Ann. - Nie złamałeś sobie czegoś?

- Jest okay - odpowiedział.

 Hazel pocałowała go w czoło.

- Zabiję cię kiedyś - oświadczyła.

- Nie ma sprawy - zaśmiał się. - Ale trochę póżniej. Teraz chcę się stąd wydostać. Dlatego, jeśli nie macie nic przeciwko, za chwilę wyruszamy.

- Za chwilę? - zdziwiła się Annabeth. - Ej, nie powinieneś odpocząć czy coś? Nie jesteś zmęczony?

- Ani trochę - odpowiedział Nico z uśmiechem. - Już nic mnie nie zatrzyma. Jestem gotowy.

- Więc? - Percy uniósł rękę.

- Przeżyjmy to.

 Przybili piątkę.

***
- Hazel, proszę, opowiadaj dalej - powiedział Percy błagalnym tonem. - Jeszcze nigdy się tak nie nagadałem. Potrzebuję prysznica.

- Okay, idź - zaśmiała się Hazel. - No więc jeszcze przez chwilę widzieliśmy go w powietrzu, a potem skrzydła... rozpłynęły się. Spadł z ogromnej wysokości i nic sobie nie zrobił.

- Tam było może z dziesięć metrów, nie więcej - zaprotestował Nico. - Przestańcie ze mnie robić bohatera.

- Nico - wtrąciła Ann. - Ty jesteś bohaterem.

- Racja! - wykrzyknął Jason.

- Stary, ja też chcę prywatną armię trupów - jęknął Leo.

 Nico chwycił kolejne mango z miski z owocami. Nie dopuszczono go do głosu, kiedy chciał opisać wydarzenia w Tartarze. Teraz musiał słuchać wyolbrzymionych opowieści o swojej odwadze.

 A tak ogólnie rzecz biorąc, to po prostu prowadził ich tylko sobie znaną trasą przez Podziemie. Podczas walki przy Wrotach Śmierci wszyscy dzielnie walczyli. Mimo to oczywiście to on został okrzyknięty bohaterem całej wyprawy.

- A on na to, że idziemy dalej. Wcale się nie zmęczył, kapujecie? - Teraz mówiła Annabeth. - Pokonał setki, może nawet tysiące potworów i nic sobie z tego nie robił! W każdym razie, szliśmy tak kilka godzin, a potem...

- Dobra, misiaczki, resztę opowiecie wszystkim w Obozie - zakrzyknął trener. - Za moment lądujemy!

 Po prawej burcie ukazał się Obóz Herosów.

 To był wspaniały widok. Serce zabiło mu trochę szybciej na myśl o tym, że później zobaczy się z Willem. Jeśli oczywiście będzie chciał się z nim zobaczyć. Ostatnio nawet się nie pożegnali.

 Kiedy Argo II osiadł na ziemi i ze statku wysiedli Percy oraz Annabeth, rozbrzmiały radosne okrzyki dziesiątek obozowiczów. Witano zwycięzców. Zaraz za nimi z okrętu zeszła cała Wielka Siódemka, a potem trener Hedge. Otoczyły ich kręgi ciekawskich, którzy chcieli posłuchać o nowych przygodach, a inni - szczególnie dzieci Afrodyty -  stworzyć gorące plotki. Nico niechętnie zszedł na ziemię. Jego nikt nie będzie witał z takim entuzjazmem.
Usłyszał jednak, że ktoś woła go po imieniu.

 Zobaczył Willa Solace'a rozpaczliwie wodzącego wzrokiem po tłumie, przepychającego się między ludźmi, jakby zgubił własne dziecko.

- Nico! - wrzeszczał. - Nico! Gdzie jesteś, do jasnej...

- Tutaj! - krzyknął do niego.

 Gdy Will w końcu go zobaczył, rzucił się na niego z okrzykiem:

- Ty idioto!

 I przytulił go mocno. Nie przejmował się setkami ludzi wokół. Brunet nieśmiało odwzajemnił uścisk, wtulając twarz w jego złote loki, pachnące świeżo skoszoną trawą. Uśmiechnął się. To był jeden z najprzyjemniejszych zapachów, jaki miał okazję poznać. Skupił się na dotyku ramion oplatających jego ciało. Chyba jeszcze nikomu nie pozwolił tak się do siebie zbliżyć.

 Nagle poczuł, że coś moczy mu szyję w miejscu, gdzie znajdowała się głowa chłopaka.

- Will? - zapytał. - Ty płaczesz?

 Przez chwilę słyszał tylko jego przyspieszony oddech.

- Na wszystkich bogów, tak się o ciebie martwiłem - szepnął wreszcie. - Ja... Po prostu cholernie cieszę się, że tu jesteś, Nico.

 Nico po raz pierwszy w życiu zrozumiał, co to znaczy mieć motylki w brzuchu. Święty Hefajstosie... On się cieszył z jego obecności. Nie obchodził go nikt, Percy, Annabeth, Jason, nikt z Wielkiej Siódemki. Nie opowieści o podróży przez Tartar były dla niego najważniejsze. Nico był na pierwszym miejscu. To było lepsze niż jakikolwiek komplement.

- Jeszcze jak nie schodziłeś tak długo... - mówił Solace. -Myślałem, że już...

 Zamknął oczy i uśmiechnął się lekko. Jeszcze nigdy nie czuł się tak wspaniale. Miał przyjaciela, który się o niego martwił. Nie znał lepszego uczucia, od tego, kiedy teraz witał się z nim.

- Tęskniłem za tobą, Will.

  Uścisnęli się jeszcze mocniej. Will przestał powstrzymywać płacz. Nico też nie potrafił ukryć wzruszenia. Oboje śmiali się przez łzy.

- Tęskniłem za tobą każdego dnia, Solace - mówił Nico. - Każdego cholernego dnia myślałem o tobie, rozumiesz, ty tępy gówniarzu?

- A ja modliłem się, żebyś przeżył, pieprzony debilu - odparował Will. - Nikt nie mógł dać mi najmniejszej pewności, że cię jeszcze kiedyś zobaczę, di Angelo.

- Jesteśmy idiotami.

- Jesteśmy idiotami.

- Kocham cię, kretynie.

- Ja ciebie też, dupku.

***

Długie to dosyć. Mam nadzieję, że choć trochę się podobało. Marto, przepraszam, że nikogo nie zabiłam :D Ale tak mi jakoś na happyend przyszła wena. No, to byłoby na tyle. A, szczęśliwych WalęWTynek. Nie wiem, kiedy co i jak, ale do zobaczenia :)

Hazel